środa, 1 kwietnia 2015

Dzieci Podziemia 3

No siema!
Ej, nie opuściłam Was nawet na miesiąc, co się pieklicie... Przecież napisałam, że post się niedługo pojawi. Miał być w następnym miesiącu, jednak nie wyrobiłam się z nauką, a na weekend nie miałam laptopa, a ten tydzień... Chciałam choć trochę odpocząć, chyba czasem mogę, nie? :D
Zgodnie z komentarzami, napisałam trzecią część Dzieci Podziemia. Idą mi oni dość opornie, ponieważ muszę wymyślać wszystko na nowo (o poprzednim pomyśle zapomniałam, z resztą to co pamiętam mi się nie podoba), ale że na blogu pojawiał się już opis tego opowiadania, to staram się je do niego dostosowywać.
Tak w ogóle, przeczytałam drugi rozdział i... Nie. Muszę go poprawić, pierwszy z resztą też, bo tego się nie da ich czytać. Nie napiszę więcej rozdziałów DP, dopóki tego nie poprawię, więc jeżeli chcecie go szybko przeczytać, mobilizujcie mnie pod postem :p
No i ten... Jak ktoś obchodzi święta, a większość ludziów je obchodzi, chociaż ich nie obchodzą, to wesołego jajka itp, nie chce mi się rozpisywać, bo co roku i tak się pisze to samo, a Wy wiecie przecież, że ja Wam życzę dobrze niezależnie od tego, czy jest to Wielkanoc, Święto Zmarłych, czy piątek trzynastego.
Pozdrawiam!


                Był głodny.
Sasuke opadł na trawę, przyglądając się jeszcze jasnemu niebu, mimo iż było późne popołudnie. Białe chmury powoli przemierzały błękit, jakby uciekając przed tym, co ich goniło. Prawie tak, jak oni… Z jego ust wyrwało się ciche westchnienie.
Chciał porozmawiać z Itachim, chociażby przez chwilę usłyszeć jego spokojny głos, jednak doskonale wiedział, że teraz było to niemożliwe. Nie przez fakt, że dzieliły ich kilometry, to był akurat najmniejszy z problemów. Nie powinien mu po prostu teraz przeszkadzać. Chwila nieuwagi mogłaby kosztować ich naprawdę wiele nieszczęścia, a tego mają przecież już w nadmiarze. Jedyne, co by zdziałał, to rozproszył jego uwagę, a na to nie mogli sobie pozwolić.
                Szum liści dochodził do jego uszu sprawiając, że kiedy tylko przymykał oczy czuł się tak, jakby nadal był w domu. Ciepło parującej ziemi na ciele, rażące promienie słońca, które gdzie-niegdzie przedzierało się przez baldachim liści i gałęzi, to wszystko przypominało mu szczęśliwe, spokojne życie z daleka od problemów, w domu. A jednak… Okazało się, że jest ktoś, dla którego be trudu opuścił tę idyllę- jego brat.
Dopiero po jakimś czasie, którego już nie liczył, zrozumiał, że las stał się nienaturalnie cichy. Ptaki przestały śpiewać, owady bzyczeć, a z daleka nie dochodziło już echo stukania w drzewa przez dzięcioła. Jedynie liście szumiały nadal, chociaż i one zdawały się cichnąć, jakby w obawie przez czymś…
Przez ich szmer przedarł się nagle świst, przypominający wsysanie powietrza . Czarnowłosy otworzył szybko oczy i usiadł na trawie, czujnie nasłuchując, jednak dźwięk nie powtórzył się już ani razu. Nigdy nie słyszał niczego podobnego, a życie nauczyło go, że do nowych i niepewnych rzeczy należy podchodzić z dystansem, zachowując podejrzliwość, więc i tym razem tak postąpił.
Przygotowany na wszystko podniósł się powoli z trawy, na której zaczęła się już zbierać wieczorna rosa i ruszył w kierunku szuwar, cały czas będąc przy nadziei, że ujrzy tam jednak jakieś spłoszone zwierzę. Niestety, za ścianą zieleni nie było niczego. Fakt, że nie było tam nic, na co mógłby zwalić winę za ten dźwięk, wcale nie przyprawiał go o radość- wręcz przeciwnie. Spowodowało to jedynie jeszcze większy niepokój.
Zapuszczał się coraz głębiej, przechodząc między krzakami, jednak jedyne, co dzięki temu zyskał, to poczucie śledzącego go wzroku. Przykucnął, szykując się do skoku, nie miał jednak pojęcia, w którą stronę przypuścić atak, więc zrezygnował z tego pomysłu równie szybko, co na niego wpadł. Mimo to był święcie przekonany, że ktoś go obserwował. Co do tego nigdy się nie mylił.
Zawarczał głośno, ciągle usilnie próbując wyczuć czyjąkolwiek obecność, zobaczyć ruch gałęzi lub usłyszeć trzask łamanej gałązki, jednak nic takiego nie następowało. Dosłownie tak, jakby ktoś po prostu…
Poderwał wzrok w górę i wzdrygnął się ze strachu, widząc na pomarańczowym już niebie białą, mglistą poświatę księżyca.

***
Mikoto odchrząknęła cicho, zastanawiając się, jak może zacząć swoją opowieść. Poprawiła koc, który okrywał dwoje małych dzieci, siedzących na jej kolanach, wygładziła go, po czym przymknęła oczy. Postanowiła zacząć w ten sam sposób, w który zawsze zaczynała jej matka i który pamiętała z dzieciństwa. Nie sądziła, że może istnieć jakikolwiek lepszy.
  - Wieki, wieki temu, kiedy nasze plemię dopiero powoli zaczynało się układać w wielką rodzinę, rozgorzał bunt. Konflikt toczył się między dwoma grupami: tych, którzy uważali ludzi za zwierzęta i tych, którzy nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Nie minęło wiele czasu, jak zostaliśmy przez to zdemaskowani. Ludzie ginęli, a strach powodował, że zapuszczali się coraz głębiej w nasze piękne lasy i poznawali coraz więcej naszych sekretów. Wszystkie tajemnice powoli wychodziły na jaw, odkrywając nas coraz bardziej ludzkim oczom. Wybicie wszystkich opozycjonistów, którzy niedoceniali zwykłych ludzi nie przyniosło żadnych skutków. Zostaliśmy zdemaskowani, a dodatkowo nazwali bratobójcami.  Gdyby nie to, nadal żylibyśmy w naszym słodkim raju, upijając się szczęściem, jak nasi przodkowie. Sami byliśmy sobie winni. – mówiąc to, z jej ust wydobyło się ciche westchnienie, jakby wspominała tamte czasy. Prawda jednak była taka, że nawet jej pra-pra-prababka nie znała tamtego okresu. Wszystkie wiadomości trwały w ich pamięci opowiadane z pokolenia na pokolenie, od najbardziej zamierzchłych czasów. Mimo to, tęsknota za tym, czego nigdy nie było dane jej poznać i pragnienie spokojnego życia nadal tliły się delikatnie w jej sercu. – To my pierwsi zaatakowaliśmy ludzi, chcąc więcej, niż było nam to potrzebne. Nie można podzielić nas na dobrych i złych. Wszyscy mamy taki sam udział w tej zbrodni, jak i zesłanej karze. To my zasialiśmy strach w ich sercach, my, nasze plemię, więc i my musimy teraz nieść ten ciężar.
Po świecie zaczęły krążyć plotki o potworach, istotach wychodzących prosto z piekła, siejących zniszczenie, śmierć i ból. Zaczęto utożsamiać nas z cierpieniem i wszystkimi nieszczęściami, jakie spotykały ludzkość. Byliśmy sprawcami wojen, epidemii, a najgorszych złoczyńców palono na stosach, wmawiając ludom, że są jednymi z nas, żyjącymi w ukryciu. Wołano na nas Dzieci Podziemia.
Sasuke poruszył się niespokojnie na jej kolanach, jak zawsze, kiedy dochodziło do tego momentu w historii. Jak na swoje pięć lat był bardzo wątłym chłopcem, choć jego aż nadto rozwinięty intelekt, tak jak jego brata, był dumą całej rodziny. Nadal mimo wszystko był jedynie pięcioletnim dzieckiem, które nie do końca potrafiło rozumieć okropności tej opowieści. Itachi natomiast zawsze słuchał uważnie i zdawał się rozumieć każde wypowiadane przez nią słowo, choć był jedynie o połowę starszy od najmłodszego z ich dzieci. Od zawsze był… Inny. Oboje byli. Mimo dumy którą czuła, jej matczyne serce i tak krwawiło. Taki ciężar, ciężar zbyt szybkiej dorosłości, która jest im pisana, nie był szczęśliwy dla nikogo.
  - Niedługo później ludzie odkryli naszą kolejną, tym razem najważniejszą tajemnicę. Dowiedzieli się, jak nas pokonać. – kontynuowała - Bo jedyną rzeczą, która kiedykolwiek mogła i może nam zaszkodzić, jest blask księżyca. Od tamtej pory przestaliśmy być bezpieczni. Jedynie w dzień mogliśmy bez obaw się poruszać, bo ludzie w walce nie mieli z nami żadnych szans.
Mijały lata, coraz bardziej spokojne, jednak tylko nieliczni z nas podejrzewali, że jest to cisza przed prawdziwą burzą. Ludzie odkryli melodię księżyca, pieśń, która naginała światło do ich woli. Mogli je formować, wydłużać  promienie, a nawet oplatać nim broń, dzięki czemu stali się prawie równymi nam wojownikami. A może raczej: myśliwymi. Najmniejsza ilość nocnego światła potrafi każdego z nas pozbawić zmysłów, a w końcu zabić. Powala nawet najsilniejszych, nie patrząc na nic, jak czarna śmierć. Żaden z nas nie potrafi się tego ustrzec.
Zamknęła oczy, aby usunąć spod powiek obraz prześladujący ją od najmłodszych lat. Obraz umierającego na niej ojca, który ochronił ją własnym ciałem przed śmiertelnym blaskiem. Obraz martwego ciała taty, pod którym przysięgła mu spełnić całą noc, aż do samego rana.
 - Na dzisiaj to koniec, dzieci. Itachi, zabierz brata do łóżka. – powiedziała, wymuszając na ustach uśmiech. Starszy syn skinął głową, posłusznie biorąc młodszego za rękę i prowadząc do pokoju. Patrząc na nich, z jej oczu spłynęło kilka łez. Teraz rozumiała, dlaczego jej ojciec to zrobił, mimo iż nigdy nie okazywał jej nadmiernej miłości. Dla nich- dla tych dwóch małych urwisów- zrobiłaby o samo.

***
Sasuke odgarnął ze swojej twarzy długie włosy brata, które wsuwały mu się do ust, kiedy próbował złapać oddech między kolejnymi jękami. Spojrzał na niego z miłością, na jego czerwone usta wygięte w uśmiechu ekstazy, na lśniące czernią oczy i połyskujące w świetle zachodzącego słońca drobinki krwi na jego policzkach i szyi. Kiedy wrócił po polowaniu… Był najszczęśliwszy na świecie. Zawsze, kiedy go widział, był najszczęśliwszy, jednak kiedy widział go bezpiecznego po tak długiej rozłące, jego szczęście nie miało już granic. Reszta potoczyła się szybko…
Trawa i ostre kamienie polany wbijały się w miękką skórę pleców, jednak nie czuł żadnego bólu. Odnalazł po omacku jego usta i wpił się w nie wygłodniale, jak głodne zwierze. Biorąc pod uwagę ich naturę, niewiele się od nich różnili, jednak raczej nikomu to nie przeszkadzało. Co za zbieg okoliczności. Kto by pomyślał. Kiedyś toczyły się spory nad decyzją o zwierzęcej naturze ludzi, a teraz taki bezwartościowy śmieć jak on doszedł do wniosku, że to właśnie oni są zwierzętami. W tej chwili obaj nie tylko zachowywali się jak zwierzęta- byli tak samo jak one ofiarami, czekającymi na myśliwych. Polował na nich każdy. Jedynymi osobami, które nie patrzyły na nich oczami łowców, byli oni sami.
Ciepła ręka przysłoniła mu usta, powstrzymując od głośnego krzyku, kiedy ciało spięło się w największej przyjemności. W chwili, gdy poczuł w sobie gęste spełnienie brata, po jego ciele przeszła cudowna fala uniesienia.
 - Kochanie… Sasuke. Dziękuję. – usłyszał tuż przy uchu, wyczuwając na nim gorące powietrze z szybkiego oddechu.
Za każdym razem, kiedy to robili, czuł przerażenie na myśl o ogromnej sile tego doznania. Przestawał myśleć nad czymkolwiek innym, jego umysł wypełniały jedynie te cudowne chwile, które spędzał tuż pod nim lub na nim. Jednak mimo strachu, jakim go to napawało, uwielbiał te uczucie. Uwielbiał trwać w jego nagich, silnych ramionach, uwielbiał być przygniatany słodkim ciężarem jego ciała i zalewany niespotykaną przyjemnością, którą mógł go obdarzyć tylko on. Itachi.
Położył się wygodnie na plecach, nie otworzywszy oczu i nie wypowiedziawszy ani słowa. Czy był sens? To, co właśnie się stało, wyrażało więcej, niż wszystkie słowa, które kiedykolwiek wypowiedzieli.
Kiedy uchylił w końcu powieki i usiadł na trawie, rozbudzony chłodem wieczoru, niebo było już całkowicie ciemne, a daleko, daleko na wschodniej jego części, świecił księżyc, niekiedy przedzierając się swoim blaskiem przez liście drzew poruszane wiatrem.
 - Chodźmy. Musimy sobie znaleźć coś na noc. – powiedział, wstając z ziemi i szybko nakładając na siebie ubrania, lekko zwilżone nocną rosą. Miał złe przeczucia. Nie powinni spędzać tyle czasu, odsłonięci na wszystko i wszystkich, w samym środku lasu. Takie zachowanie było co najmniej nieodpowiedzialne i nierozsądne.
 - Spokojnie. Panuję nad wszystkim. – odparł długowłosy na jego słowa, widząc niepokój w czarnych oczach . Nałożył bez pośpiechu ubrania i przeczesał palcami grzywkę, która opadła mu na oczy.
Sasuke podszedł bliżej, dotykając gołej skóry brata, która prześwitywała przez rozszarpaną dziurę w rękawie koszuli. Popatrzył mu w oczy, marszcząc brwi.
 - Nie mówiłeś nic, że się zraniłeś. – zbeształ go.
Mimo iż w tym miejscy skóra nie była nawet zaczerwieniona, doskonale wiedział, że jeszcze kilka godzin temu świeciła tu, sądząc po fakcie, jak poszarpana była koszula w tym miejscu, dość głęboka rana. Ich organizmy regenerowały się bardzo szybko, szczególnie, jeżeli rana powstała w trakcie lub tuż po polowaniu.
 - Nie martw się, kochanie… to nieistotne. – Itachi pokręcił głową, głaszcząc go po bladym policzku. – Spójrz, już nawet nie ma śladu.
Sasuke westchnął i chwycił jego dłoń, prowadząc go w kierunku zachodu, jak najdalej od blasku bijącego z nieba.