poniedziałek, 30 grudnia 2013

8. Marzenie


Hej ludziska... Wiem, wiem, wiem, krzyczcie na mnie. Mama zabrała mi tablet w akcie zemsty i nie miałam jak dodać opka. A było gotowe już dwudziestego drugiego! Myślałam, że po prostu się tam zwinę. No to proszę, takie cacko przed sylwestrem, aby nie było Wam smutno. W nagrodę za tak długie czekanie, opo ma więcej znaczków niż zwykle, taki suprajs.

Komórka ponownie wylądowała w kieszeni jego spodni, kiedy tylko wiadomość o treści "Nie wracam dzisiaj na noc" została dostarczona do osoby, wpisanej w pamięć telefonu jako "Mama".
 - Przykro mi, jednak jest zakaz używania telefonów komórkowych na pokładzie samolotu. - Oznajmiła jakaś blondyneczka jadowitym tonem. "A myślałem, że to rude jest wredne..." Przemknęło mu przez myśl, patrząc na nią znudzonym wzrokiem.
 - Przecież odłożyłem. - Powiedział.
 - Proszę więcej jej nie używać. - Rzuciła i odeszła.
Jakby go to obchodziło... Spojrzał na Itachi'ego z kapryśnym uśmiechem.
 - Miłego lotu. - Usłyszał, po czym wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, niczym smarkacz.
Tak... Jest idiotą.

***

Jak to się stało, że znalazł się na pokładzie samolotu? Nic prostszego. Wystarczyło, że Itachi poprosił, a ten poleciał za nim jak debil. No dobra. Nie za nim. Z nim.
Ale co poradzić? Po mimo swoich dwudziestu lat, zamiast zastanawiać się, jak każdy przyzwoity Japończyk, co będzie jutro, ten zacieszał się jak szczeniak na myśl, że w końcu go odnalazł. W końcu znalazł swojego brata.
Spojrzał na okno. Właśnie odlatywali. Pas startowy poruszał się za oknem coraz szybciej, aby po chwili zacząć się zmniejszać, gdy znaleźli się już w powietrzu. Nigdy nie opuszczał Japonii...
 - Chciałbym Ci pokazać wiele rzeczy... Ale najpierw priorytety. Muszę Cię przedstawić kilku osobom.
 - Jakim? - Zapytał. Itachi wspominał coś wcześniej o jakiejś grupie, ale na pytanie, o kogo chodzi, odpowiedział najprostszym "Później.". Teraz mają dużo czasu... Musi mu powiedzieć!
 - Dwie z nich pewnie znasz, Sasoriego i Deidarę.
 - Deidara... Nie przypominam sobie...
 - Pół roku temu wywalili go z Twojej uczelni... Wysadził klasę w powietrze.
 - Inaru! - Poprawił go Sasuke. - Inaru wysadził klasę.
 - A... No tak, fakt. Inaru. - Poprawił się szybko Itachi.
 - Z tego co wiem, to rozpłyną się w powietrzu. Próbowali go złapać i oskarżyć o ciężki uszczerbek na zdrowiu jednego z uczniów. Co on tam robi? - Zapytał zdziwiony. - Chyba go nie ukrywacie! - Dodał po chwili.
 - Słuchaj, Sasuke... Dowiesz się wszystkiego później, teraz nie zadawaj pytań. - Poprosił Itachi, patrząc na fotel przed sobą.
- Powiedz, o co chodzi? Jak już zacząłeś, to dokończ. - Postawił na swoim krótkowłosy, wbijając wzrok w brata. Nie no... On chyba sobie jaja robi!
 - Sasuke, proszę. Zaufaj mi. Obiecuję, że jak dolecimy, to się dowiesz. - Powiedział Itachi, lekko się do niego uśmiechając. Sasuke westchnął.
 - Ok. - Powiedział i bez zbędnych kazań oparł się wygodnie o oparcie fotela.
Przesiedział tak prawie całą podróż, bez skutku usiłując zasnąć. Zegarek nad drzwiami do kabiny pilotów wskazywał godzinę 22:35. Czyli lecą już ponad cztery godziny.

***

Lotnisko w Londynie było duże. W sumie, nie wiedział, jakie są lotniska. Widział fotografie, ale dzisiaj, czy raczej wczoraj, bo sam nie orientował się już w zmianie czasu, był na nim pierwszy i drugi raz w życiu.
 - Gdzie tak w ogóle jesteśmy? I w sumie... Nawet się nie spytałem, po co mnie tu zaciągnąłeś. - Powiedział, sam sobie dziwiąc się, jaki to jest szybko myślący i rezolutny. Normalnie, pogratulować.
 - Wiesz... W tej grupie, o której Ci mówiłem, są pewne zasady. I po prostu lider miał taki kaprys, by Cię poznać. - Odparł Itachi, patrząc na młodszego brata.
 - A jeżeli ja będę miał taki kaprys, że nie chcę go poznać? - Postawił się i oparł o ścianę, gdy długowłosy zamierzał ruszyć z miejsca. O nie, nie, nie... W końcu nie jest dzieciakiem, nie da sobą rządzić, dla jakiegoś wyimaginowanego lidera, jakiejś wyimaginowanej grupie przestępczej, terrorystycznej, czy innego dziadostwa. Bo nie za bardzo dawał wiarę, by zajmowali się pleceniem koszyków i innych pierdół.
 - Sasuke, proszę... Nie rób problemów i chodź. - Powiedział Itachi, nie wkładając w ton ani krztyny rozkazu, jedynie prośbę.
 - Nie. - Dostał odpowiedź, a krew nieznacznie przyśpieszyła mu w żyłach, widząc kątem oka znajomą blond-czuprynę.
 - Sasuke, widzisz Inaru? Stoi jakieś pięćdziesiąt metrów stąd, na północ. Obserwuje nas i jeżeli będą problemy, to nas udupi. Więc proszę, nie rób scen i nie wywołuj problemów. - Powiedział Itachi, wciskając w głos całą siłę perswazji, jaką dysponował.
 - Czemu niby ma nas obserwować? - Zapytał Sasuke, nadal stojąc pod ścianą, zmuszając Itachiego, aby sam podszedł.
 - Bo na przykład... Mogą się pojawić problemy, gdy nie zaczniesz współpracować? - Powiedział wnikliwie starszy, patrząc mu w oczy. - Więc proszę, nie rób głupot. To nie jest klub z piaskownicy, tylko praca. I nikt nie chce kłopotów. - Wytłumaczył.
 - Co to kurde... Jakaś mafia? Tajne przez poufne? O czym Ty gadasz?
Już zaczął się normalnie w tym gubić. O co kurna chodzi? Czemu nic mu nie mówi? Jaki lider, jaka grupa, jak do cholery... Po co on w ogóle tu z nim przyleciał?
 - Masz mi w tej chwili zarezerwować lot do Japonii. Mam dość. - Rzucił, ostro wkurzony. Bez rozgadywania się, odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę najbliższych siedzeń, po czym posadził na jednym z nich swoje szanowne cztery litery.
 - Masz rację. Olej go. - Powiedział  Inaru, siadając obok. Jego bujna kitka na czubku głowy majtała się w prawo i w lewo, doprowadzając do szału.
 - Sory, nie znamy się. - Powiedział i wstał. Nie odszedł za daleko, gdy poczuł na dłoni coś nieprzyjemnego. Uniósł ją, by się jej przyjrzeć, ale zamiast bąbla po ugryzieniu muchy, komara, czy innej pierdoły, ujżał długą na całą szerokość ręki kreskę, z której po chwili zaczęła się sączyć jasno-czerwona krew. Spojżał wzrokiem typu "Jestem debilem, wytłumacz, o co chodzi." na chłopaka. Że jak?
Blondyn pomachał mu z dziwnym długopisem dłoni, z którego czubka wystawało cienkie jak brzytwa ostrze. Kolejne: Że jak?
Przeniósł wzrok na Itachi'ego, który stał na miejscu, w którym jeszcze dwie minuty temu stali obaj, niewzruszony, opierając się o ścianę. Jedyne, co ratowało go przed spotęgowaniem gniewu swojego młodszego brata, to przepraszający wzrok, którym się w niego wpatrywał.
 - No, to może teraz zechcesz współpracować, panie Uchiha? Bo oboje będziecie mieć przejebane. - Wyświergotał z uśmiechem blondyn, podchodząc do niego. Jak nie trudno się domyślić, Sasuke został ponaglony do marszu, przyłożonym prosto jak w mordę Tuskowi, do kręgosłupa, "długopisem".
 - W co ty mnie wpakowałeś, idioto? - Zapytał, gdy tylko znów znalazł się blisko starszego brata. - W co, do cholery?
Przetarł wierzch lewej ręki o spodnie, usiłując zetrzeć krew. Piekło cholerstwo, niemiłosiernie, ale starał się nie myśleć o tej jakże miłej niespodziance od nieznajomego.
 - Spełnił Twoje zasrane marzenie. A teraz koniec pogaduszek. Idziemy do samochodu.- Rzucił ozięble, jak na tak słodką dziewczynkę, blondyn i ruszył przodem, najzwyczajniej w świecie uważając, że nie ma co więcej straszyć najmłodszego Uchihę. I miał rację, bo brunet jak nigdy, ulegle ruszył z nim, z podniesioną głową.

***
 Sasuke rozejżał się po wnętrzu luksusowego samochodu, do którego wsiedli. Siedzenia obite najgładszą i najczarniejszą skórą, na której kiedykolwiek siedział, nie mogły wyłapać ani jednego promienia nikłego, londyjskiego słońca, przez przyciemniane szyby.
Gdy znudziło mu się podziwianie siedzeń, wlepił wzrok w obraz za oknami. Domek, domek, sklep, domek, domek, o, kolejny domek. I jeszcze jeden. Oh, drzewko. I domek...
 - Konan kazała Ci to dać. - Usłyszał i aż zamrugał czarnymi oczętami. Deża wi, czy co?
Spojrzał na blondyna, któremu, jak wywnioskował z rozmowy z kierowcą, chociaż nie było mu dane go ujrzeć, na imię Deidara, a nie Inaru. Czyli Itachi mówił prawdę. Jednak ta informacja tylko jeszcze bardziej namotała mu w głowie. Trzymał w ręku origami, tym razem w kształcie  jakiegoś kwiatka. No co... Ikebana nie jest jego najmocniejszą stroną, chyba ma prawo nie wiedzieć, jak to papierowe cudeńko się nazywa?
Zaczął od razu szukać napisu, aż wreszcie zobaczył lekkie przebicie czarnego tuszu na jednym z płatków. Korzystając z okazji, że Itachi rozmawia, a raczej kłóci się z drugim z pasażerów, po angielsku rzecz jasna, jakby kurna był ułomny i nie rozumiał, ("Heloł, ludzie! Mam dwadzieścia lat, angielskiego uczę się od czasu zanim poszedłem do przedszkola...") odgiął lekko płatek i znów ujrzał filigranowe, delikatne pismo.
"Jak wielka jest siła marzeń?"
To pytanie kompletnie zbiło go z tropu. Siła marzeń? Popatrzył na kłócących się mężczyzn, usiłując wsłuchać się w głośną konwersację. Mieli przewagę faktem, że ich angielszczyzna nie była płynna. Wiele słów, a czasem i zdań wypowiadane było z innym akcentem niż reszta, wypowiedzi urywane były w połowie i dodawano różne słowa, których nie znał- z pewnością nie angielskie. Jednak pewność miał co do jednego: mówili o nim. Częstotliwość wypowiadania słów takich jak 'Sasuke', 'on', 'ten szczyl' i tym podobnych, była zbyt duża, aby nie zrozumieć istotnego przekazu. Narobił sobie problemów. To wszystko przez Itachi'ego!
 - Może do cholery przestaniesz go bronić? Pein Cie wy...
 - Gówno mnie to obchodzi. Wiedział, jaki może być scenariusz, to jego błąd. Ja tylko spełniłem NASZE marzenie. - Rzucił Itachi, przyprawiając Sasuke o głębszy wdech.
Nasze marzenie.
Spojrzał ponownie na kwiat trzymany w rękach. Siła marzeń. Do czego jeszcze Itachi się posunie, aby je spełnić? Do czego obaj się posuną...? Nie dane mu było jednak głębiej zastanowić się nad odpowiedzią na te, czy inne pytania, gdyż samochód ustaną w miejscu, tak samo, jak ucichła kłótnia toczona na przeciw.
 - Więc? - Powiedział długowłosy Uchiha, patrząc na blondyna.
 - Niech Ci będzie. Ale ostatni raz ratuję Ci dupę. - Westchnął Deidara, odgarniając z oka lekko grzywkę. Popatrzył na Sasuke, otwierając usta, aby coś powiedzieć, jednak Itachi go wyprzedził.
 - To zostaw mi. - Powiedział stanowczo, na co blondyn potulnie jak nigdy, skinął głową.
 - O co chodzi? - Zapytał zdezorientowany Sasu, patrząc na ich obu pytająco. Co ma zostawić dla niego? Jasnowłosy nic sobie nie robiąc z jego rozterek myślowych, wyszedł z samochodu, trzaskając drzwiami. Przez chwilę myślał, że i oni wyjdą, jednak przeliczył się. Samochód według jego starszego brata okazał się o wiele lepszym miejscem na konwersację.
 - Słuchaj, Sasuke. Nie jesteś już dzieckiem, więc nie rób szopek... Chciałeś się ze mną spotkać, więc się spotkałeś. Jednak, na naszych warunkach, przełknij to. - Powiedział Itachi, bez cienia skruchy, żalu, prośby czy innego badziewia które można zazwyczaj usłyszeć w ludzkim głosie.
 - O co Ci do cholery chodzi? Co to za mafia, czemu tak późno mi to mówisz? - Zapytał, usiłując ukryć złość. Efekt wyszedł słaby. A nie. Efektu nie było.
 - Przepraszem, nie mogłem wcześniej. Zrozum, nie ja tu rządzę. Potrafię to przeżyć, Ty też musisz. Zrób to dla mnie... Przecież spełniłem Twoje marzenie. Czy może już z niego wyrosłeś?
 - Nie... No co Ty. Zawsze chciałem... - Zaczął, ale los nie dał mu możliwości skończenia, bo starszy zaraz wciął mu się w słowo.
 - No właśnie. Chciałeś, więc...
 - A Ty co? Ty nie chciałeś? Zrobiłeś to tylko dla mnie? Wypchaj się z tym! - Rzucił i złapał za klamkę, w celu wyjścia.
 - To chyba jasne, że chciałem Cię zobaczyć! Po co innego bym się fatygował lata, by zaplanować to wszystko? Nawet nie wiesz, ile musiałem się naprosić!
 - Prosić? Ciekawe o co i kogo?!  Mamusi?! A nie, przepraszam, mamę też olałeś! - Wyrzucił mu w twarz. Nie żałował żadnego ze swoich słów, dopóki nie spojrzał w jego oczy. W oczy, w których widać było tylko ból.
 - Ja... - Zaczął Itachi, schylając głowę. - Przepraszam. Czy mogę Ci to wszystko wytłumaczyć?
Sasuke dotknął jego dłoni, po chwili chwytając ją w lekki uścisk. Czy tak powinno to wszystko wyglądać? Czy to jest te marzenie, o które tyle walczyli?
W odpowiedzi Itachi dostał jedynie lekki uścisk. Znów mógł się do niego przytulić. Znów był małym, nieporadnym chłopcem, patrzącym w lustro na przeciwko schodów.

W następnej części większość pytań z poprzednich rozdziałów się wyjaśni. Do stycznia, ziomeczki i przepraszam za błędy.

PS. Co myślicie o stworzeniu fanpaga dla bloga? Myślę o tym od dość dawna, a ostatnio jedna blogerka, którą straszliwie kocham, tak zrobiła... Może to dobry pomysł?

REKLAMA
pain-in-my-life.blog.onet.pl
Cudowny blog yaoi NaruSasu, polecam wszystkim. Tak długiego i zajebistego opka jeszcze nie widziałam!

sobota, 7 grudnia 2013

7. Wiara


A witam, witam, witam.. Dodaję kolejny rozdzialik, mam nadzieję, że zjadliwe i pożywne... Nie będę dużo pisać, chcę tylko powiedzieć, że następną część POSTARAM SIĘ napisać do świąt... Jak tam mikołajki minęły?


Możność patrzenia w lustro, mimo iż wyczekiwana od tak dawna, okazała
się zbyt wielką próbą dla dwudziestolatka. Odwrócił wzrok i spojrzał na
pusty korytarz. Tak cicho...
Po chwili odważył się znów spojrzeć w twarz mężczyzny stojącego
naprzeciw. Wspomnienie samotnego siedzenia na schodach, patrzenia w swoje oczy odbite w lustrze, spadająca róża... Wszystko powróciło w ciągu sekundy, znowu, w
najmniej oczekiwanym momencie. Nagle wszystko nabrało nowego znaczenia.
Każdy element dawnego obrazu zyskał nowy, całkiem inny kształt, niż
wcześniej.
Tak bardzo pragnął ponownie spojrzeć w te oczy, chciał ponownie spojrzeć
w lustro, tym razem dostrzegając kogoś innego. I gdy marzenie zaczynało
przybierać realistyczny zarys... Chciał się poddać.
Wiedział, że to Itachi. Jego starszy, długo oczekiwany brat stał przed
nim, stał, patrząc się na niego. To musiał być on. Poznał od razu, mimo
iż wyglądał całkiem inaczej, niż Itachi z jego wyobraźni, ze snów.
Wiedział.
Ale mimo to, w jego umysł wpadła inna myśl. To nie może być prawda.
Zaczął wątpić, czy to na prawdę było jego marzenie. Czy tego na prawdę
chciał.
Kochał, czy nienawidził?
Słowa, które wypowiedział kilka chwil temu stały się niewiarygodnie
odległe, jakby ta sytuacja nigdy nie miała miejsca. Czy na prawdę kochał?
Czy te słowa wypowiedział instynkt, czy serce?
Poczuł, jak jego dłoń zostaje przytrzymana przez inne, ciepłe. Dziwnie
ciepłe. Jego zawsze zimna skóra zgrywała się z tą drugą, tak samo
delikatną, jak dwie krople. Jak ogień i woda... Działały na siebie
kojąco, równocześnie odpychając się. Płynęła w nich ta sama krew. Te
same, odpychające się bieguny.
Mimo przyjemności, jaką czuł w ciele, oderwał swoją dłoń od jego,
spoglądając tym razem w drugą stronę. Tu też nie było nikogo.
- Może wejdziemy? - Usłyszał i pokiwał głową. Nie wiedział, co
powiedzieć.
 W gardle wcale go nie ściskało, nie czuł, że nie może mówić. Po
prostu nie wiedział, jak zacząć. Jak powinni zachować się bracia, po tak
długiej rozłące? Praktycznie obcy sobie ludzie...

***

Usiadł na czarnym, obszytym w plusz fotelu. Miękki... Spojrzał na szafkę
obok.
- Konan kazała Ci to dać. - Powiedział Itachi, biorąc w dłonie
papierowego, niebiesko-białego ptaka, leżącego na blacie szafki, na którym
właśnie zawiesił wzrok. Zamrugał oczami.
- Kto? - Zapytał i spojrzał w twarz 'nieznajomego'.
- Niedługo ją poznasz... Jak chcesz. Po prostu weź. Wyrzuć, zgnieć, podrzyj. Tylko weź.
Posłusznie wziął origami w ręce i zaczął oglądać dzieło z różnych
stron. Wykonane precyzyjnie, wprawną ręką. Zgięcia proste, papier cienki,
ale szorstki. Sztuka mistrza...
Jego uwagę przykuło kilka znaków, wieńczących jedną z nóg nieożywionego
stworzenia.
- 'Prawdziwy jest ten, w kogo wierzysz?' - Po raz kolejny zapytał zdziwiony.
- Nie wiem, o co jej chodziło... Też próbowałem odgadnąć. - Wzruszył
ramionami domniemany Itachi i usiadł na fotelu na przeciwko Sasuke.
Młodszy odłożył prezent na kolana i spojrzał na mężczyznę.
 W porównaniu do Sasuke, siedział wyluzowany, opierając głowę na jednej
ręce, podpartej o fotel. Przyglądał się mu i chyba po raz pierwszy z tego
powodu czuł... Zmieszanie?
Tak. Sasuke Uchiha, ten, który niczego się nie boi, nie ma wstydu, teraz
siedział sztywno, czując, jak krew odpływa mu z całego ciała.
- Nie wierzysz mi? - Usłyszał pytanie, które wyszło z ust drugiego.
- Nie wiem. - Powiedział, zgodnie z prawdą. Nie miał pojęcia, czy mu
wierzyć. Przecież go nie zna, nie ma żadnych podstaw do tego, a mimo to...
Gdy patrzył w te oczy, nie był możliwości, by mu nie wierzyć. Skąd on
może mieć te oczy, jak nie od jego matki?
- Powiedz coś, co mnie przekona. - Zdecydował i spojrzał mu w oczy. Chce mu
wierzyć, ale nie umie. To trudne. Chyba nawet za bardzo...
- Ale co mogę? - Zapytał z uśmiechem drugi i rozłożył ręce, jednak
Sasuke pokręcił głową, skupiając się na obrazie, który widział przed
sobą.
Nieznajomy miał długie, czarne włosy, proste jak blacha. Klasyczny
Japończyk. Pod oczami widniały cienie, stwierdzające dosyć długą bezsenność. Rysy twarzy miał delikatne, ale stanowczo męskie. Smukłą szyję wieńczyły dwa wystające obojczyki. Bordowa koszulka z logiem zespołu KISS zdobiła jego tors, a na długich, jak na Azjatę, nogi nałożone były podarte rurki, jednak nie super obcisłe. Rysunku dopełniały czarne trampki.
- Halo, jesteś? - Usłyszał z bliska i ze zdziwieniem stwierdził fakt,
że domniemany Uchiha nie siedzi już na fotelu, a kuca przed nim, trzymając
ręce na oparciu fotela. Potrząsnął głową i spojrzał na niego.
- Wybacz, zapatrzyłem się. - Oznajmił i cofnął nogi bliżej fotela.
- Na mnie.
- Na Ciebie. - Potwierdził i odwrócił głowę w stronę zasłoniętego okna.
- Czemu jest tak ciemno? - Zapytał, by zmienić temat.
- Mam... Problemy ze wzrokiem. Szkodzi mi jaskrawe światło. - Powiedział długowłosy z uśmiechem, a Sasuke czuł jego wzrok na swojej twarzy.
- Teraz Ty się zapatrzyłeś. - Powiedział, po raz pierwszy wciskając w ton
cząstkę śmiechu.
- Dziwisz się? - Usłyszał. Powoli, oniemiały odwrócił wzrok i stronę
'brata'. - Dwanaście lat Cię nie widziałem... Wiedziałem, że będziesz
się wyróżniać, przecież jesteś Uchiha. Jednak nie sądziłem, że
staniesz się takim mężczyzną.
- 'Takim'? - Zapytał, nie rozumiejąc jego słów.
- Patrzyłeś w lustro? - Zapytał z uśmiechem, dotykając jego gładkiego
policzka.
Sasuke drgnął, po czym po pokoju rozległ się donośny 'plask'.

***

Młodszy Uchiha stał nad zdezorientowanym Itachim, patrząc na niego z góry. Długowłosy
siedział przed nim, opierając się z tyłu na lewej ręce, gdy  prawa
pulsowała lekkim bólem po uderzeniu.
- Przepraszam... - Zaczął po chwili, jednak nie dane mu było dokończyć.
- Co Ty sobie myślisz? Nawet jeżeli jesteś Itachim, ja mam dwadzieścia lat,
a nie dwanaście! Takie czułe gesty to możesz dobie...
- Wsadzić. Wiem. Wybacz. - Dokończył za niego starszy, wstając. Spojrzał
mu w oczy, z widoczną skruchą. - Nie o to mi chodziło... Moja wina,
przepraszam, na prawdę. - Powiedział.
- Twoja. - Potwierdził młodszy. Ta sytuacja.Wyprowadziło go to z
równowagi, serce waliło mu w piersiach z niewiadomego powodu. Co się tak w
ogóle stało?
Nigdy tak nie reagował. W sumie... To mógł być zwykły braterski gest,
chwilowe zapomnienie. Powrót do przeszłości, tak jak teraz. Jego ciepłe ramiona, bicie serca. Zwyczajny pocałunek w czoło, jak do dziecka...
- Itachi! - Wrzasnął i pchnął go na przeciwległy fotel, patrząc na niego
ze złością.
Długowłosy wstał i nie zważając na jego stan, stanął krok od niego, na
co młodszy się cofnął.
- Nie zbliżaj się do mnie. Jesteś chory... - Zaczął, odchylając się od
wyciągniętej ku niemu dłoni. Co on zamierza? Czemu tak blisko...
Stracił równowagę w chwili, gdy dwa palce stuknęły go w czoło. Poleciał
na fotel, z przeświadczeniem, że odnalazł swojego brata.

***

 - I jak? Wierzysz mi?
 -  Wierzę. W Ciebie.

piątek, 8 listopada 2013

6. Hotel

Proszę, oto moje marne, długo wyczekiwane wypociny! Rozdział może się wydawać krótki, ponieważ prawie nie ma w nim dialogów, postawiłam na opis i przeżycia bohatera. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu, a teraz zapraszam do lektury.






Niewysoki brunet stał wmurowany w podłoże, jakieś dwadzieścia metrów przed przyczyną swojego aktualnego stanu fizycznego. Powoli dochodziło do niego, skąd wzięła się nazwa ów hotelu, który miał okazję oglądać.
Budynek, a raczej gmach, stojący przed lekko zszokowanym, dwudziestoletnim obliczem, był cały pokryty bielą. Jedynie dumny, złoto-srebrny, wyrzeźbiony jakąś finezyjną czcionką napis "Haku", lekko odbiegał od wszędobylskiej, białej niczym zęby kolesiny z reklamy Colgate, normy.
Alejka rozpościerająca się przed nim była wysypana białym żwirem, wydającym się grząskim niczym smoła, jednak po wejściu na niego, okazało się, iż wcale nie chrzęści on pod stopami, jak przypuszczał, a też chodzi się po nim płynnie, a nie jak po górach i dolinach zasypanych śniegiem, jak to u swojej kochanej babki, na wsi miewał okazję chodzić za szczeniaka.
Po obu stronach alejki rosły rozłożyste krzewy z- a jakże- białymi różami.
Szedł dalej, aż stanął przed schodami, oczywiście białymi, jednak miał lekki dylemat, czy na nie wejść i zabrudzić idealnie wypucowaną, prawie że lustrzaną powierzchnię swoimi glanami. Po krótkiej chwili zastanowienia postanowił jednak zrobić krok na przód, obiecując sobie solennie, iż kiedyś odpłaci się za to perfekcyjnej sprzątaczce, która doprowadziła do tegoż cudu.
Framuga drzwi i ramy okien, były jednak pokryte ciemną mazią, którą ludzie w żartach nazwali czernią. Śmieszne.
Całość, na prawdę, mimo, iż przysłowiowo, zapierała dech w piersiach, nie dając dojść do słowa ustom, a co dopiero ubolewającym przy tym płucom. Pochodził z niebiednej rodziny, wręcz przeciwnie, ale nigdy nie nocował w hotelu. Po prostu nigdy nie było takiej okazji.
Pierwsze drobne krople jesiennego dżdżu, jakie poczuł na policzkach, zachęciły go do wejścia do środka, co wiązało się z przejściem bramki, znaczy dwóch goryli ustawionych po lewej i prawej stronie przyciemnianych, rozsuwanych drzwi.
W środku natrafił na portiernię, stonowaną w kremowo-białych odcieniach, co dosyć ładnie komponowało się z antycznym, długim na kilka metrów biurem, wieńczącym swój kres na jednym i drugim końcu ściany. Za drewnianym meblem stał ubrany w czarny garnitur, średniego wieku mężczyzna ze sztucznym, wnerwiającym uśmiechem, a za nim znajdowała się sporych rozmiarów szatnia. Przeszedł obok, a drugi facet otworzył mu drewniane drzwi za którymi było... NIEBO.
Sasuke musiał zmrużyć oczy, aby wejść, a co dopiero zobaczyć recepcję.
Powierzchnia idealnie białych ścian w około czterdziestu procentach złożona była z luster, poukładanych w przeróżne nie-geometryczne kształty i odbijające białe, a jakże, światło z pierdyliardów halogenów wiszących na ścianach i suficie. Podłoga wcale nie była inna- prawie że lustrzana powierzchnia odbijała światło z sufitu, które jak zauważył Sasuke, na podłodze kreśliło migoczące kontury wyolbrzymionych płatków śniegu.
Gdy wypalający oczodoły efekt zaczął znikać ( czyt. Kiedy jego oczy przywykły do nadmiernej ilości światła. ), spojrzał na recepcję, w kształcie koła, znajdujące się mniej więcej na środku pomieszczenia, przedzielonego archaicznymi, jońskimi kolumnami na dwie części.
W pierwszej, której się znajdował, znajdowały się białe kanapy i liściaste rośliny, najwidoczniej spryskane czymś w rodzaju srebrnego sztucznego śniegu. Za kolumnami, w drugiej części, znajdowało się wejście do kilku korytarzy i dwie windy.
Podszedł do okrągłego biura i nawet nie mrugnął okiem, gdy recepcjonistka okazała się być uśmiechniętą od ucha do ucha... lolitką. Po chwili zdał sobie również sprawę, że cała główna część recepcji jest utrzymana w cieniu, przez co tworzyła malutki zakątek ciemności na środku śnieżnego oceanu.
 - Dzień dobry... - Zaczął niepewnie, gdyż recepcjonistka patrzyła na niego niczym na okaz w muzeum. Może nie wyglądał niczym przeciętny Kowalski, ale wystarczyłoby, aby spojrzała w lustro, aniżeli gapiła się, za przeproszeniem na jego skromną w swoim mniemaniu osobę.
 - Witam w hotelu Haku, w czym mogę służyć? - Zapytała dziewczyna, a jej piskliwy głos przypominał sobą szuranie paznokcia o tablicę.
"Nie odzywaj się, to zrobisz chyba największą przysługę." - Pomyślał, dzięki szczątkom kultury nie wypowiadając tego na głos.
 - Gdzie jest pokój numer 213? - Zapytał, w duchu prosząc, by wszelkie instrukcje jakże gadatliwa i miła osóbka stojąca przed nim zapisała na kartce. Niestety, jak to w życiu bywa, jego prośby zostały jedynie niewcielonymi w teraźniejszość prośbami.
 - Na ósmym piętrze znajdzie Pan schody i potem... - Zaczęła recepcjonistka, jednakże Sasuke postanowił iść na żywioł, gdy zorientował się, że czuje się jak na wykładzie z matematyki, na które zazwyczaj nie chodził.
Pokiwał głową, usiłując wmówić sam sobie, iż zrozumiał, jednak jedyne co do niego dotarło to to, że trzeba iść na ósme piętro, potem na jakieś schody i... Po chwili postanowił jednak, że najpierw wcieli owe wskazówki w życie i dopiero wtedy pomyśli, co potem. Tak. To dobry plan.
Wpełzł do windy i nacisnął dumny przycisk 8. Nie lubił wind. Nie, że sie bał... Nie lubił. Takie dziwne uczucie w żołądku.
Wysiadł na ósmym piętrze i pierwsze co zobaczył, to schody. Dużo schodów. Jedne schodziły w dół, trzy inne szły w górę. Zamrugał oczami i z uciechą w sercu zauważył, iz na ścianach przy schodach znajdują się plakietki z pokojami, do których prowadzą.
Odszukał numer, który go interesował i wszedł na schody prowadzące w lewo. To nie je hotel. To je monstrum.
Po kilku minutach, powolnego błądzenia po korytarzu znalazł drzwi obarczone dostojnym numerem 213.
Stojąc przed nimi, wyciągnął rękę, aby zapukać, jednak zatrzymał ją w połowie drogi. Cała dotychczasowa beztroska i radość, jaką czuł, tam, w środku, nagle go opuściła.
Czy tam na prawdę jest Itachi?
Ten Itachi, jego brat?
Wyciągnął rękę, aby zapukać, jednak po chwili zrezygnował i wsadził ją z powrotem do kieszeni czarno-szarej bluzy, odwracając się plecami do drzwi. Nie. Nie zrobi tego. Nie da rady.
Czemu się nie odezwał przez te dwa tygodnie? Żadnego SMS-a, e-mail'a, listu, żadnej rozmowy... I że niby mu zależy? Nie ma żadnych, ale to żadnych powodów, aby mu ufać. Przecież mógł choć raz przyjechać, zadzwonić w ciągu tych dwunastu lat... Albo chociaż nie zrywać kontaktu przez te ostatnie dwa tygodnie, odkąd go znalazł.
Po dwunastu latach ciszy jeden list, jedna rozmowa i co? Skoro domyślił się, że rodzicie przechwytują całą pocztę, mógł to wszystko zorganizować wcześniej, przecież ma już te cholerne dwadzieścia pięć lat!
Zacisnął dłonie trzymane w kieszeniach.
Już sam się gubił. Czekał na tą chwilę dwa tygodnie, pewny, że jego marzenie w końcu się spełni. Wcześniej czekał dwanaście lat z myślą, że jego marzenie w końcu zacznie się spełniać. A teraz? Teraz najlepszy prezent urodzinowy, jaki mógłby dostać, zmienił się w coś, czego sam nie potrafił nazwać.
Itachi obiecał, że wszystko mu wytłumaczy, kiedy się spotkają, jednak... Ten okres okazał się zbyt długi. Niepewność zaczęła powoli, nieubłaganie wygrywać z ciekawością, kiedy do jego umysłu wdarło się podświadome pytanie.
 - Nienawidzisz go?
 - Kocham. - Odpowiedział, bez chwili zawahania, samemu się dziwiąc, skąd wzięły się te słowa. Nie myślał o tym. Powiedział to tak, jakby było to na porządku dziennym, a przecież te słowa ostatni raz padły z jego ust dwanaście lat temu.
Zaraz...
Skąd głos Itachi'ego wdarł się do jego głowy? Czy już zawsze będzie prześladować go w tak bezczelny sposób, nie pozostawiając mu ani krztyny prywatności?
Co?
Zamrugał oczami, jakby chciał się pozbyć czegoś, co własnie trafiło tam, gdzie nie powinno trafić, mówiąc prościej, do oka. Rozszerzył szeroko onyksowe patrzałki, gdy dotarło do niego, że głos wcale nie był podświadomy. Uniósł wzrok i cofnął się raptownie w tył, wbijając się całym ciałem w drzwi hotelowego pokoju.
Przed nim stał...
 - Itachi? - Zapytał, patrząc się w ubraną na ciemno postać przed sobą. Wypowiedział to, co pierwsze wpadło mu na myśl w zaistniałej sytuacji.
 - Hej, Otouto. - Usłyszał w odpowiedzi.


Wejście smoka, czyli Rena powraca.

Hej, ludu!
Jak widać, wróciłam, po długiej przerwie. Mam nadzieję, że ktoś ze mną został, a jak nie... No cóż.
Od razu, na samym początku chcę coś powiedzieć.
Sytuacja w domu jest... napięta. Może nawet za bardzo, ale sądzę, że chyba moge już wrócić. Niestety, wiążą się z tym konsekwencje.
Rozdziały nie będą się pojawiały regularnie, niestety.
Nie jestem także pewna, co do ich długości, jednak zachodzi jedna, moim zdaniem ważna zmiana.
Od dzisiaj opowiadania postaram się doprowadzać do perfekcji, zminimalizować błędy, gafy i inne takie pierdoły.
Przez to, czas oczekiwania na rozdział może się wydłużyć, jednak sądzę, że efekt będzie wiele lepszy.
Wszystkim dziękuję za wyrozumiałość i w ogóle, za to, że jesteście. Komentarze i licznik odwiedzin motywują, owszem i cieszą oko, ale najważniejsze, że wiem, że jesteście ze mną.
Wszystkim jeszcze raz wielkie ARIGATO DOZAIMASU i zachęcam do czytania nowego rozdziału.
Rena~
PS. Mam zamiar poprawić wszystkie poprzednie rozdziały, bo strasznie mi wstyd tych błędów. Tak więc proszę o wyrozumiałość jeżeli chodzi o pojawienie się rozdziału siódmego.
A hoj!

sobota, 14 września 2013

Zła wiadomość.

Hej...
Tak.
Wiedziałam, że to się tak skończy.
Przepraszam w szcczególności tych, co we mnie wierzyli, komentowali i czekali.
Mam bardzo ciężką sytuacje w rodzinie, problemy z mama, całe życie mi się pierdoli...
Obawiam się, że blog muszę zawiesić. Może uda mi sie pisać coś w bibliotece, postaram sie, ale nie obiecuję.
Polubiłam to opo, wszystko zaczynało się układać... No cóż.
Moge tylko przeprosić.
Więc...
Papa...
Może do zobaczenia.

wtorek, 3 września 2013

Przeprosiny.

Najmocniej przepraszam za wszystkie opóźnienia.
Potrwają maksymalnie do końca następnego tygodnia.
Jakie mam wytłumaczenie? W sumie mogła bym napisać standardowe "Bo tak.", ale sądzę, że zasługujecie na bardziej rozbudowaną odpowiedź.
A więc.
( Nie hejtować za takie zdanie. JA tak piszę. )
Wiadomo, rok szkolny sie zaczął. Nowa szkoła, nowi znajomi. I urodził mu się braciszek. Więc muszę poświęcić mu większość wolnego czasu, ktorego mu żałować nie będę. Na Wasze nieszczęście x3
No nic... Musicie mi wybaczyć...
Wracam z nową notką, nadzieją na 1000 wejść i chociaż 3 komenty pod tym postem. A może dobijecie do 4?
Kto wie...
To ja się żegnam, bje-bje.

PS.
Jak ktoś chce poczytać coś mojego, zapraszam dodatkowo na
another-happiness-by-rena.blogspot.com
,3

piątek, 30 sierpnia 2013

Two-shot: Pamiętnik, part II

Po pierwsze, pragnę przeprosić... Za zwłokę, za błędy, z to, że opo wyszło tak strasznie długie... Mam nadzieję, że zjadliwe i nadrobię tym ten długi czas... Jak wiecie, już zaraz szkoła... Więc życzę wam powodzenia ,3 Ja sama, szczerze mówiąc, już chcę do szkoły... Bynajmniej chciałam... Ale dzisiaj było spotkanie wszystkich klas pierwszych i... Wszyscy patrzyli na mnie jak na okaz w muzeum! A przecież wcale (hueh) nie ubieram się dziwnie... To oni maja coś z oczami. A teraz przestaje ględzić i zapraszam do czytania moich myślowych wypocin... To opo to gniot i koniec! Jest shounen-ai, wybaczcie. Jak będzie trochę chętnych, to może zrobię bonusowy rozdział z yaoi... się zobaczy.


Jedynie dzięki w miarę silnej woli zdołał leżeć spokojnie. Jakimś cudownym sposobem zdołał opanować czarną rozpacz, która z każdą chwilą coraz bardziej opanowywała jego serce, a z każdą następną myślą coraz bardziej utwierdzał się w fakcie, że nie wytrzyma już dłużej.
Wsłuchiwał się w słodkie dźwięki pocałunków, rozrywających jego serce na miliony drobnych kawałeczków. Zaciśnięte dłonie pod pościelą zbledły, drżąc od nadmiaru emocji.
W jednej chwili wszystkie jego plany i marzenia poszły w zaświaty, a odpowiedzi na zadawane sobie rano pytania zaczęły błądzić po jego główce, powodując istny chaos.
Teraz już wszystko rozumiał, z kim tak usilnie pisał Naruto.  Nie potrafił w to uwierzyć. Tylko czemu musiał to być akurat jego brat. Jego kochany Itachi...
Opanowany fałszywymi złudzeniami, żalem i niechcianą prawdą, zasnął, nie zauważając nawet, że okropność ustała. Nadal w uszach dźwięczał mu czysty odgłos miłości, a pod powiekami tworzyły się liczne sceny, których nigdy w życiu nie chciałby oglądać.
Jedynie dzięki zmęczeniu, zdołał odpłynąć w krainę, gdzie królował dziadek Morfeusz.

***

Gdy się obudził, sala była pusta.
Na początku, nic do niego nie dochodziło. Był w dziwnym szoku, odrętwieniu, którego sam nie rozumiał. Gdzie jest Itachi?
Spojrzał na krzesło, stojące obok i wszystkie emocje uderzyły w niego falą tsunami.
Jak? Co? Czemu? Kiedy? Po co? Dlaczego?
Dziesiątki pytań, na które nie znał odpowiedzi, zaczęły huczeć mu w głowie, powodując ból. Obraz rozmazał mu się przed oczyma, a po chwili z bladych, tym razem szarych, a nie białych policzków, zaczęły spływać łzy. Najprawdziwsze w świecie, słone krople, które od kilku lat nigdy nie gościły na jego twarzy. Nie potrafił nad nimi zapanować. Nie. Nie wytrzyma tu ani chwili dłużej. Ani sekundy.
Jednym sprawnym ruchem wyrwał igłę z nadgarstka, sycząc cicho. Spiął się, przykładając kołdrę do ręki, by zatamować chwilowe krwawienie. Oh. Boli.
Zdjął maskę z ust i odczepił diody z piersi, a maszyna obok nagle przestała pikać, nie wyczuwając bicia serca. Nic z tych rzeczy nie jest mu potrzebne.
Rzucił się w stronę ubrań, co raczej jednak było błędem, bo upadł na ziemię, czując zawroty głowy. Nic takiego. Po prostu za szybka zmiana pozycji. Normalne.
Wstał na drżących z braku jakiejkolwiek energii w nogach i poczłapał w kierunku torby, która leżała na pod kaloryferem.
Rozpiął zamek, wyciągnął pierwsze lepsze spodnie i koszulkę po czym usiadł na łóżku obok, usiłując się ubrać.
Nadgarstek promieniował pulsującym bólem, tak jak głowa, która bezwładnie trzymała się jakimś cudownym sposobem nadal w pionie. Nic jednak nie przebije uczucia duchoty i ciężaru na piersiach, które nie potrafiły zrobić więcej miejsca dla płuc bijących się o choćby gram powietrza więcej, po nagłym wysiłku.
Co za cudowne uczucie. Szkoda, że nie potrafił dostrzec okna, gdzie słońce właśnie wstawało i budziło wszelkie życie po tej stronie Ziemi. Nie zauważyło jednak jednego, małego elementu, którego płomyk właśnie wygasał.
Chciał otrzeć łzy, jednak nie mógł się ruszyć, walcząc o powietrze. Po co?
Jego płuca same pracowały, nie potrafił ich zatrzymać, choć wiedział z góry, że to nic nie da. Powietrze uleci z niego, prędzej, czy później, bez względu, czy się zgodzi, czy nie. Nie będzie sprawy sądowej, o miejsce i czas zdarzenia. Nie będzie łapówek, sprawiedliwości i kłamstw. Niczego już nie będzie.
W jego uszy wbił się głośny krzyk. Ciało poczuło znajomy dotyk, ręce, które trzymały go całe życie. Światło, które nagle rozbłysło przed jego oczami, nie dawało zasnąć.
Oh... Spokojnie, Sasuke. To tylko słońce... Jednak los się zlitował i słońce obudzi także Ciebie.
W głowie kotłowała się jedna myśl, jedno pytanie...
Czy tak umierała mama?

***

Obudziło go głaskanie.
Otworzył oczy i spojrzał w bok, na swoją rękę. Była przykryta drugą, znacznie większą i znacznie mniej delikatną, jednak nie wielką, męską, choć do mężczyzny należała na pewno. Krótkie, okrągłe paznokcie były pokryte cienką warstwą czarnego lakieru, a smukłe palce głaskały lekko dłoń pod sobą. Nie musiał unosić wzroku, aby wiedzieć, do kogo należy owa dłoń.
Sięgnął pamięcią wstecz, jednak jedyne, co potrafił sobie przypomnieć, to nagła jasność, która przykryła biel.
Nie potrafił tego zrozumieć, opisać.
Jakby znajdował się w chmurach, a nagle ich biel rozmazała się. To nie był kolor. Nie można opisać czegoś, czego nie ma. Tak jakby biel stała się przeźroczysta, ale nic nie było przez nią widać. Znając życie, nawet Wikipedia nie posiadała by w zasobie swoich terminów takiego hasła, ani definicji.
Uniósł lekko wzrok i zmrużył oczy, napotykając na swojej drodze wpatrujące się w niego, dwie, czarne tęczówki.
Spodziewałby się wszystkiego. Uśmiechu, wstydu, zażenowania, radości, prawie że matczynej czułości, jednak to, co zobaczył w tych oczach.... Przeraził się, a jego serce zaczęło bić jeszcze szybciej, co sprawiło, że maszyna obok zaczęła piszczeć jeszcze szybciej.
-Spokojnie... - Powiedział Itachi, choć jego twarz malowała się strachem i bólem, rzec by można, rozpaczą.
Sasuke spuścił wzrok, nie potrafiąc znieść tego spojrzenia.
-Itachi... Co się stało? - Zapytał cicho. Nie rozumiał...
-Nie wiem... Ty mi powiedz. Chciałeś uciec? Sasuke... Co ty zrobiłeś... Nie sądziłem, że jesteś takim dzieckiem... - Usłyszał po czym powoli zaczął przypominać sobie poszczególne fragmenty.
Rozpacz. Ból. Determinacja. Strach. Ekstaza. Słabość.
Wszystko powoli wracało do niego, małymi kroczkami dochodził do coraz dalszych wspomnień.
-Itachi... Co się stało? Ja... Umarłem? - Zapytał. Głupie pytanie, matole. Przecież żyjesz.
-Nie, nie umarłeś. Znalazłem Cię, gdy... Gdy byłeś... Boże, Sasuke, czemu to zrobiłeś? - Powiedział Itachi, głosem tak strasznie przesiąkniętym bólem, że Sasuke nie potrafił tego słuchać. Popatrzył mu żałośnie w oczy, modląc się, aby przestał.
-Przepraszam, Itachi... Ja... Nie wiem, czemu to zrobiłem... Wybacz mi... - Szepnął.
Starszy jedynie pokiwał głową.
-Nie rób tak więcej... Błagam... - Powiedział, patrząc mu w oczy. Gdyby Sasuke wiedział tylko, co przeżywał...
-Ja... Przepraszam... Chciałem tylko stąd wyjść... Nie mogłem uwierzyć, że jestem chory... Przestraszyłem się tego, chciałem już iść, zostawić to wszystko... To przecież nie możliwe, Itachi... To nie mój świat... - Zaczął mówić, na poczekaniu. Musiał coś wymyślić, musiał skłamać, by Itachi mógł go zrozumieć. Lepiej, by wiedział jakieś zmyślone kłamstwo, niż prawdę... Lepiej, dla niego. Dla nich.

***

Pięć dni później opuszczał mury szpitala, z naręczem leków i po pół godzinnym instruktarzu pt. "Jak używać Ventolinu?*". Standardowo, towarzyszył mu Itachi, który każdą wolną chwilę spędzał u niego, w szpitalu, doprowadzając chłopaka do jeszcze większej depresji. Oferował nawet pomoc psychologa, po tym, jakich kłamstw (Dla dobra ich relacji.), nagadał mu Sasuke. Oczywiście, Itachi wierzył w każde jego słowo. Jak za starych dobrych czasów.
Jednak z ich "dawnych czasów" nic nie zostało.
Kilka pierwszych dni było najgorszych.
Sasuke z całej siły starał się nie wchodzić w drogę bratu, ani przyjacielowi, a gdy zdarzała się taka okazja- milczał.
Nie dlatego, że tak postanowił, bynajmniej nie było to głównym powodem. Każde słowo skierowane ku któremuś z nich bolało. Gardło ściskało, a oczy zaczynały machinalnie łzawić, jak przy krojeniu cebuli. Nie szło nad tym panować.
-Sasuke, co się dzieje?
-Nic.
-Sasuke, gniewasz się na mnie?
-Nie.
-Sasuke, co Cię boli?
-Nic.
-Sasuke, czemu mnie olewasz?
-Nie olewam.
Każda rozmowa, każde słowo działało w odwrotnym kierunku.
Apogeum wszystkiego naszło w chwili, kiedy wchodząc do domu usłyszał urywane krzyki. Dwóch osób.
Nie musiał długo się zastanawiać, wyszedł, bez trzaskania drzwiami, bez fochów, bez psychicznych myśli. Po prostu... Bez niczego. Wyszedł i wrócił w środku nocy.
-Sasuke, co Ty sobie myślisz, do cholery?! - Po raz pierwszy w życiu Itachi wydarł się na niego, buzując w środku i na zewnątrz. Jego mina wyraźnie wskazywała na to, że jest wyprowadzony z równowagi.
-A co mam myśleć? - Zapytał spokojnie, jakby nie wiedział, o co chodzi. Nie, nie chciał go zlekceważyć, nie chciał pyskować ani być bezczelnym. Po prostu... Sam nie wiedział.
-Znów uciekasz! Sasuke, co się z Tobą dzieje? Okres buntu dawno za Tobą, masz siedemnaście lat! Wiesz jak się bałem? - Krzyknął Itachi a Sasuke... Wyszedł.
Usiadł na łóżku. Itachi nigdy na niego nie krzyczał. Nawet za oceny, za to że przychodził za późno, za wagary. Za nic. Coś musiało się stać. Pokłócili się z Naruto... Na pewno...

***
Itachi stał osłupiały na środku kuchni, patrząc tępo w miejsce, w którym przed chwilą stał jego młodszy brat.
Co on najlepszego zrobił? Czemu wrzeszczał? Co on kurwa wyprawia?
Popatrzył na swoje ręce.... Nie mógł uwierzyć. Nigdy na niego nie krzyczał, Sasuke nigdy się tak z reszta nie zachowywał... Często przecież wracał tak późno...
Przypomniał sobie prośbę Naruto, by powiedzieć dla Sasuke o ich prowizorycznym związku. Bo trudno to nazwać związkiem. Nic nie poradzi na to, że ten małolat się zakochał, z resztą, zna warunki i jego intencje. To, że go nie olewa i nie traktuje jak szmaty, nie znaczy, że go kocha. Oczywiście- nie zgodził się. Nikt nie ma prawa się dowiedzieć, a Sasuke w szczególności.
Kłócili się trochę, ale przeminęło z wiatrem. Jak zawsze.
Ale teraz musi porozmawiać z Sasuke. Musi. To jego brat, musi go przeprosić, nie może stracić jego zaufania...
Wszedł cicho do pokoju. Sasuke siedział przed biurkiem i pisał coś. Podszedł po cichu i położył rękę na jego ramieniu. Jedyne, co zdołał zauważyć, to kilka znaków i...
Sasuke walną dłonią w biurko, trochę za mocno, usiłując zakryć treść kartki. Nie chciał spojrzeć mu w twarz. Bał się.
Wziął głęboki wdech.
Na pewno pisał tam, co czuje... Jak mu przykro... Jak strasznie aniki go zranił... Aniki.
Nawet nie pamięta, kiedy ostatni raz Sasuke go tak nazwał. Zawsze był jego małym otouto, nawet teraz. Ale dla Sasuke już nigdy nie będzie kochanym aniki.
Stanął za nim i powoli zaczął zjeżdżać dłońmi w duł, po jego drżących od płaczu ramionach. Sasuke zawsze pisał do niego listy. Bał się mówić, nie potrafił powiedzieć nic, nie potrafił rozmawiać patrząc w oczy, dlatego... Pisał.
I coś mu mówiło, że stary zwyczaj wrócił. Złapał jego zimne, jak zwykle, dłonie i odsunął je od zeszytu. Nie napotkał żadnych oporów, nie zmuszał go do tego. Jeżeli Sasuke by się sprzeciwił, nic by nie zrobił... Wziął zeszyt w ręce.
To nie był list. Spojrzał na wysłużone kartki z prawej i białe, czyste z lewej. To nie były listy.
Przewertował zeszyt na pierwszą stronę.
"Nie czytaj... To nie Twoje, więc po co ruszasz?"
Przewrócił kartkę i znów napotkał na pojedynczy napis na środku.
"Mówiłem: Nie czytaj."
Myśląc, że to już koniec, przewrócił znów kartkę i zdziwił się znacznie.
"Jesteś bezczelny."
Oh, tak. Wie to doskonale... Ale nie cofnął się. Skoro Sasuke mu pozwolił, znaczy, że chce, aby to przeczytał.
Zanurzył więc wzrok w eleganckich znakach. Styl pisma co chwila się zmieniał. Raz był niechlujny, pisany szybko, raz litery były koślawe, innym razem znów proste i płynne. Zdarzały się karty, gdzie niektóre znaki były zamazane łzami, tusz czasem się rozmazywał, widniały kleksy....
Nawet nie czytając, mógł znać jego emocje.
Pierwszy wpis był sprzed dwóch lat i pół roku. Było tam opisane wszystko.
Źle się czuł, czytając najskrytsze myśli swojego brata, ale nie przestawał. Kierowała nim najzwyklejsza w świecie ciekawość i... troska.
Jego oczy rozszerzały się coraz bardziej, czytając dalszą treść pamiętnika.
Pomiędzy ostatnim, a przed ostatnim wpisem minęło jedenaście miesięcy.

***

Jednak nie przeszło. Miało przejść, ale nie przeszło. Starałem się, starałem się zakochać w kimś innym, ale nie potrafię. Widzę go codziennie, jak idzie do pracy, jak wraca, je obiad, ogląda telewizję, je kolacje, pisze te jebane książki. Na prawdę się starałem.
Ale on mnie nie kocha. To nie ma już znaczenia. Jestem, zawsze byłem i zostanę tylko małym, głupim otouto. Nigdy nie zobaczy we mnie nikogo więcej. Otouto - rodzaj bezosobowy, liczba pojedyncza. Dla niego nie jestem facetem, tylko bratem. I zawsze tak będzie.
Znalazł sobie kogoś. Tylko czemu akurat tego kogoś? Dwie najbliższe mi osoby są razem. Nienawidzę ich, a przecież tak strasznie ich kocham. Czemu nie mogłem się zakochać w Naruto? Było by o wiele łatwej. Słyszałem... W szpitalu, dziś w domu. Kochają się, nie chcę im w tym przeszkadzać. Zawsze tylko przeszkadzam. Dziś krzyczał... Po raz pierwszy na mnie nakrzyczał. Czy mu przykro ? Nie wiem... Nic już nie wiem i nie chcę wiedzieć.
  Powinienem dać im spokój, może się wyprowadzę? Nie dam rady trzymać tego dłużej w sobie, a przecież nie mogę mu tego powiedzieć.
Bo niby jak miałbym to zrobić?
"Hej, Itachi, kocham Cię. Wiem, że to nienormalne, ale na prawdę Cię kocham."
Hahaha.
I co? Może jeszcze dodam: "Wyjdziesz za mnie?"...

***

Sasuke wstał w momencie, gdy zeszyt uderzył o panele.
Nie czekając na żadne słowa ze strony starszego, wyszedł z pokoju i zaczął się ubierać. Co teraz?
-Sasuke, nie zachowuj się jak tchórz. Znów uciekasz? - Powiedział Itachi, stając przed nim. Popatrzył mu w oczy, ale Sasuke spuścił wzrok i ominął go szybkim krokiem. Nie potrafił się odezwać. Poczuł, jak coś łapie go za ręce i obraca w swoja stronę. - Powiedz coś. Powiedz mi, że mnie kochasz.
-Po co? Czy coś to zmieni? - Zapytał i prychnął w jego stronę.
Itachi milczał.
No a co ty myślałeś? Że kuźwa mać weźmie Cię w ramion, przytuli i pocałuje, tak, jak robi to w tej chwili? Chyba sobie kpisz.
...
Sasuke rozszerzył swoje onyksowe oczka, zdając sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji właśnie się znalazł.
Co.
Uchylił ze zdziwienia usteczka, wpuszczając go do środka. Nie możliwe...
Czuł w swoich ustach jego język. Z dziąsłach, zębach, policzkach, podniebienia... Machinalnie oddawał pocałunek, choć nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego faktu, ale też z tego, że z jego ust wychodzą ciche westchnienia.
Gdy zajarzył już wszystko, co powinien, a nawet więcej, oderwał się od niego i odsunął.
-Jesteś chory. - Powiedział i poszedł do pokoju.
Nie. Nie może. To nie była przyjemność. To był instynktowny odruch.
To nie był przyjemność, czuć w jego ustach smak owoców. Itachi nie żuje gum owocowych, to Naruto pochłania je kilogramami...
Pobiegł do łazienki i zwrócił.
Nie potrafił czerpać przyjemności z ust, które kochają kogoś innego.
-Sasuke...
-Zostaw mnie! Rozumiesz!? Nic nie wiesz! Jest tak tak dawniej! Zapomnij o tym! - Zaczął krzyczeć w panice. Nie chciał litości. Nic nie chciał! Było dobrze tak, jak było dawniej!
-Sasuke, kocham Cię..
-Nie żartuj sobie! Wypieprzaj z stąd! - Krzykną i odepchną go, gdy Itachi z mocno się zbliżył.
-Kocham Cię, Sasuke, czemu mi nie wierzysz? Przecież...
-Kochasz mnie? To po co pieprzysz się z tym cwelem pod moim nosem? I w naszym domu! Przepraszam, od dzisiaj to Twój dom. - Powiedział i opuścił szybko łazienkę, zostawiając Itachi'ego, w stanie niezłego osłupienia.
Zamknął drzwi na klucz i zaczął wrzucać do torby wszystko, co było pod ręką. Olewał łomotanie w drzwi, próby szantażu i straszenia. Nie był dzieckiem.
Gdy stukanie ucichło, otworzył drzwi i najzwyczajniej w świecie, wyszedł.
-Wyprowadzasz się? - usłyszał i skinął głową.
-Czemu?
-A jak myślisz?
-Myślałem, że tego chciałeś. Miłości...
-Chciałem. Ale Twoich ust. - Powiedział i popatrzył mu w oczy. - Ale już nie chcę. Skoro mnie kochasz, to masz problem. Przynajmniej masz Naruto pod ręką, będzie mógł Cię pocieszyć. - Powiedział bezczelnie, nie patrząc na to, czy go rani, czy nie. Odwrócił się od niego i zaczął iść, jednak tuż przy drzwiach Itachi złapał go za rękę.
-Sasuke...
Próbował się wyszarpnąć, jednak Itachi przyszpilił go do ściany.
-Puść mnie, skurwielu! Podam Cie o molestowanie!
-Dobrze... Wole siedzieć w więzieniu, niż być bez Ciebie. - Szepnął mu na ucho. Sasuke przeszedł dreszcz. - Przepraszam. Nie powinienem był Cię wtedy całować. Daj mi jeszcze jedną szansę... - Poprosił. Odpowiedź jednak zmroziła go całkowicie.
-Nie dostaniesz jej. - Powiedział krótkowłosy i popatrzył mu ostro w oczy. Musi być stanowczy i konsekwentny.
-Więc wezmę ją na siłę. Skoro i tak mnie podasz do sądu, to nie ma różnicy. - Powiedział i złączył ich wargi.
Sasuke wyrywał się, jednak Itachi był silniejszy. Jedną ręką trzymał mu twarz, wbijając mocno palce w szczękę, biodrami dopychał go do ściany, trzymając mu z tyłu ręce. Pocałunek nie trwał długo. Tylko chwilę, a porem go puścił. Popatrzył mu w oczy.
Umył zęby...? - Przeleciało młodszemu przez głowę, gdy jego ręka celnie powędrowała na policzek długowłosego, z głośnym "plask". Spojrzał mu z nienawiścią w oczy.
-Co ty sobie myślisz? Że jestem kurwą? Nie masz prawa mnie dotykać! - Wrzasnął Sasuke, gdy w oczach zebrały mu się łzy. Nie, nie, nie! Nie może ryczeć!
Itachi milczał. Poczuł jego dłonie na ramionach, nawet nie chciało mu się ich strzepnąć. Już nic mu się nie chciało. Olał fakt, że ich usta trzeci raz spotkały się razem, olał fakt, że Itachi znów go całuje, że odbiera mu resztki godności, wchodząc w jego usta. Niech odbiera... Jego godność zawsze była tylko dla niego.
Starał się zaczerpnąć z tego pocałunku choć trochę... Nie potrafił. Nie potrafił się cieszyć tym, że jego marzenia chciały się spełnić.
-Dajmy sobie czas. Wszystko się ułoży... Daj mi siebie kochać... Proszę. - Pokiwał w milczeniu głową. Tak. Na pewno będzie dobrze. Itachi go kocha...
-A Naruto?
Itachi zaśmiał się, rozdzierając serce Sasuke na kawałki. A wiec jednak to był żart... Zrobiłeś z siebie idiotę. Popatrzył, jak starszy wyjmuje telefon i coś pisze. Czyli SMS był ważniejszy od Ciebie, Sasuke... Po chwili jednak Itachi pokazał młodszemu wiadomość.
"Hej, Naruto. Już nie musisz przychodzić, zapłacę jutro. Miłej pracy, Itachi."
A po chwili doszła krótka odpowiedź.
"Ok."

PS. Gomen za błędy, nie mam siły tego sprawdzić...

czwartek, 22 sierpnia 2013

5. Komórka

Długo mnie nie było... Chyba należą Wam się jakieś wytłumaczenia... No więc... Przepraszam. Byłam u babci i nie miałam dostępu do internetu... Napisałam jedno opowiadanie na drugiego bloga i dodam go jeszcze w tym tygodniu, o czym poinformuję. Drugą część Pamiętnika niestety nie dodam za szybko. Przyznaje, zaskoczyliście mnie. Nie sądziłam, że tak szybko dojdziecie do tych 555 odwiedzin... Dziękuję i jeszcze raz przepraszam... A teraz zapraszam do lektury, mam nadzieję, że ucieszy Was to, że rozdział piąty jest nieco dłuższy ,3  Zapraszam!




Dwa długie tygodnie minęły, a telefon jak leżał, tak leżał.
Każdy SMS, każda wibracja, dźwięk, połączenie, czy to rano, czy po południu, wywoływały u Sasuke nagły skręt kiszek. Czemu się tak denerwował? Przed rozmową. Z kim, zapytacie? Ze swoim starszym bratem. I nie denerwował się bynajmniej w ewentualności ochrzanu, krzyku czy pół godzinnego wykładu.
Po prostu bał się, że już więcej nie usłyszy jego głosu. Dopiero, co go odzyskał, nie chciał znów go stracić. Bo kto by chciał?
Rozejrzał się po pokoju nie wiedząc co robić. Ehh... Popatrzył się zrezygnowany w sufit. Znowu wracał do codziennej rutyny...
Bardzo chciałby, by nieoczekiwanie zadzwonił telefon, by Itachi nagle powiedział, że strasznie kocha swojego kochanego otouto i że już do niego jedzie. Tak jak w bajkach, książkach, opowiadaniach, które czytał nałogowo. Bohater jest smutny i znienacka coś go uszczęśliwia.
Niestety. Nic takiego się nie wydarzyło.
Wstał i poczłapał do kuchni, schodząc ociężale po wypastowanych przez sprzątaczkę schodach. Były śliskie i wcale nie zdziwił się, gdy z kilku ostatnich schodów zjechał na tyłku. Jego myśli były tak zaprzątnięte, że nawet nie dotarło do niego to, że go boli, a na lewym półdupku od teraz zamieszkuje piękny, fioletowy siniak. Podniósł się i poczłapał tak dobrze znaną sobie aleją korytarzy wprost do kuchni.
Rezydencja rodziny Uchiha była sporą, nawet jak na tak bogatą rodzinę, posiadłością. Z zewnątrz biała, z czarnym dachem, z eleganckim, srebrnym ogrodzeniem wokoło domu. z lewa widać było ogród, z mnóstwem róż, w najbardziej niedostępnych kolorach, jakimi nie powstydziła by się najlepsza kwiaciarnia w Tokio. Przeważały oczywiście kolory rodzinne- biały i czerwony świeżym kolorem zieleni.
W środku zaś ściany były białe i eleganckie. Wszędzie było pełno marmurowych ramek, z przeróżnymi zdjęciami, w bieli-czerni, sepii i kolorze. Na górze płynęły sobie jedynie dwa, złote pasy, a podłoga, z dębowych paneli, przykryta była na środku czerwonym dywanem.
Po drugiej stronie domostwa były umiejscowione trzy garaże, a naprzeciw posiadłości- sporych rozmiarów fontanna, przedstawiająca parę bawiących się delfinów. Alejki wysypane były jasnym żwirem, a trawniki jarzyły się słońcem.
Wchodząc na teren rodziny Uchiha, naprawdę można było czuć się jak w królestwie, albo pięknym, europejskim, dawnym dworku.
Mimo całego przepychu, jakby kontrastując z otoczeniem, z klasyczno-nowoczesnej kuchni wyłoniła się ubrana w czarne, krótkie, luźne spodenki i koszulkę opatrzoną tymi samymi epitetami postać, niosąca talerz kanapek ze znanymi zwykłym śmiertelnikom składnikami: Serem, szynką i pomidorem.
Wrócił do pokoju i pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to telefon. Znaczy, jego części.
Bateria, klawiatura, karta sim, obudowa... Wszystkie części zwłok ukochanej Ashy ( Zgadujcie, jaka firma telefonu? Nokia?? Niemożliwe, skąd wiedzieliście?? ) leżały w różnych miejscach podłogi wyłożonej panelami w pokoju Sasuke.
Co ?
Wiatr. Przeciąg. Myszy. Szczury. Duchy. Poltergeist*. O tak, to na pewno on.
Jaka do cholery niebotyczna siła fizyczna, za przeproszeniem, rozpierdziuliła jego telefon?
Odpowiedź była prostsza niż myślał i nie trzeba było na szczęście szukać jej w zaświatach. (Ale nie bądźmy chamscy, dowiemy się co to było w momencie, gdy i do Ukeśka dojdzie ta jakże wymyślna odpowiedź. XD )
Odłożył talerz z kanapkami na szafkę, pozbierał wszystkie części komórki z podłogi i po wielu próbach, wysiłkach umysłowych, jak i fizycznych, udało mu się jakoś poskładać pseudo puzzle dla profesjonalnych "układaczy".
Firma: Nokia. Ilość elementów w pudełku: dużo, zależy od tego, z jakiej wysokości zrzucisz układankę. Zasady gry: Zrzuć zawartość pudełka z dość dużą siłą na twardą nawierzchnię lub rzuć tym o nią.  Następnie spróbuj ułożyć elementy w samoistną całość. PAMIĘTAJ!  Stopień trudności wzrasta wraz z siłą rzutu i modelem układanki.
Tak w skrócie.
Jakimś sposobem włączył telefon.
Masz wiadomość.
Klik.
"Nieodebrane połączenia. Teraz możesz oddzwonić do..."
Itachi dzwonił. Itachi dzwonił, a on nie odebrał. Do tego rozpierdziulił mu się telefon. No właśnie. Czemu się rozpierdziulił ?
Odpowiedź przyszła praktycznie sama, gdy telefon zaczął wibrować w jego ręku.
No tak. Idiota. Zostawił komórkę tuż na krawędzi szafki. Gdy Itachi zadzwonił, pewnie spadła. Musi zapamiętać, by wyłączyć te cholerne wibracje.
Szybko nacisnął zieloną słuchawkę, jednak numer był zajęty. Ehhh. Spóźnił się.
Tyle czasu czekał, na tę jedną wiadomość i ją przegapił. Zajebiście.
Westchnął i położył się na łóżko, zamykając oczy. Musi się przespać, pomyśleć. Wytrzyma jeszcze ten tydzień, tak samo, jak wytrzymał te dwanaście lat. Ehhh....
Zanim zdążył się zorientować, przekroczył próg świata, w którym kończy się niemożliwe.

***

-Tak, Itachi... Oh... Błagam, szybciej!
W ciemnym, hotelowym pokoju dało się wyczuć zapach potu i truskawek, a powietrze i wszechobecną ciszę przerywały jedynie urywane jęki i krzyki.
Sasuke spojrzał na postać nad sobą. Jej muskularne, lekko opalone ciało poruszało się szybko, równomiernie, wchodząc w niego jak najgłębiej. Usta co chwile odnajdywały te drugie, łącząc się za każdym razem w coraz bardziej namiętnych pocałunkach, zęby zgrzytały o siebie, w nadmiernej bliskości, a ręce... Ręce żyły własnym życiem, co chwila dotykając się z palcami nowo poznanymi dłońmi, albo poznając ciało znajdujące się blisko. To była magia, najprawdziwsza w świecie magia....
Sasuke otworzył oczy, by zobaczyć tą piękną, dorosłą twarz, krótko ścięte, czarne włosy, postawione ma gumę, malinowe usta... Twarz Itachiego, którą chciał od tak dawna widzieć, teraz okazała się jawą...
Zaraz, chwila.
Miał być Itachi.
Zamrugał oczami i wlepił wzrok w pustkę. Gdzie się podział Itachi?
I... O kurwa. Nie. Skąd taki sen? To w ogóle niemożliwe. Czemu mu się śniło do cholery jasnej TAKIE coś??
Nie, nie, nie... Zapomnij. Zapomnij o wszystkim, jesteś chory. Popierdoliło Cię...
Zamiast zapomnieć, poczuł jedynie narastający dyskomfort w podbrzuszu i wibracje tuż obok, które, szczerze powiedziawszy, wcale nie pomagały.
Spojrzał najpierw na swoje spodnie, w których zasnął, a na których tworzył się właśnie spory namiocik, a na telefon, który wibrował niezadowolony na łóżku. Eh. Westchnął cierpiąco i spojrzał na wyświetlacz.
Gaara.
Zerknął kątem oka na zegarek stojący na szafce nocnej. Dwudziesta.
-Hej, skarbie. - Usłyszał zaraz po naciśnięciu zielonej słuchawki.
-Siema. - Odpowiedział, bardziej w ramach powszechnie znanej uchihowskiej grzeczności i wrodzonego taktu, niż z własnej, nieprzymuszonej woli.
-Przyjdziesz? Dziś nie było mnie w szkole i tak myślałem... - Zaczął rudy, choć z góry wiadomo było o co chodzi.
-Będę z dziesięć minut. - Powiedział i rozłączył się.
Dzisiejszy wieczór bardzo dobrze się zapowiada... Wręcz zajebiście.
Zadzwonił po taksówkę i po umówionych dziesięciu minutach był... A nie, przepraszam. Po umówionych dziesięciu minutach już pozbawiał Gaarę ubrań, a ten raczej się mu nie sprzeciwiał, sądząc po tym, że ubrania Sasuke również w przyspieszonym tępię lądowały in the podłoga.
Nim zdążyli dojść do łóżka, co było rekordowo długą odległością od drzwi wejściowych (które Rudy ledwo zdążył zatrzasnąć)- osiem metrów, byli całkowicie pozbawieni ubrań. Sasuke, egoistycznie, zamiast czekać na partnera, wszedł w niego szybko, bez zbędnych słów. Tego potrzebował.

***

Gaara nie dał po sobie żadnego bólu ani tego cielesnego, ani wewnętrznego. Bolało go, że osoba, z która jest tak blisko, w łóżku traktuję go tak, jak traktuje. Jak szmatę. Ale co się dziwić. Szmatą był, od trzech lat, szmatą jest i pewnie szmatą pozostanie, dopóki nie znajdzie sobie innej, porządnej roboty. Ale najpierw musi skończyć te osrane studia.
Jęczał, z każdym pchnięciem swojego tymczasowego seme, coraz głośniej. Przygotowania nie za bardzo potrzebował. W końcu pięć dni w tygodniu był zawodową dziwką, przyzwyczajoną do wszelkiego rodzaju perwersji swoich klientów.
Z Sasuke było inaczej. Nie można tego nazwać byciem ze sobą, nie idzie tego nazywać miłością. Ale... Kochali się, fizycznie. Mimo braku jakiegokolwiek uczucia, dążyli do spełnienia dwóch osób- siebie. Jak to się nazywa?
Przyjaźń od seksu.
Tak, to chyba właśnie to określenie.
Czuł jego ręce na sobie, jego oddech buszujący po najdrobniejszych zakamarkach jego ciała. Trudno wyciągnąć jakąkolwiek przyjemność z doznań cielesnych, będąc dziwką, jednak przy Sasuke czuł rozkosz, jaką trudno było czuć przy kimś innym.
Nie ma co zaprzeczać, brunet w łóżku był wręcz zarąbisty.
Poczuł jego dłonie na plecach, więc podniósł się, wedle niemego życzenia i usiadł na nim, pozwalając mu wypełnić swoje ciało do maksimum.
Oboje byli spoceni, oblani rozkoszą którą zadawali sobie nawzajem... zaczął się na niego mocno nabijać, przytrzymując się jego ramion. Słyszał jego ciche pomruki i jęki, słuchał ich uważnie, by nie ubyło mu żadnego.
Nie czekał długo, zanim jego nasienie oblepiło ciasną przestrzeń między ich ciałami, w chwile potem poczuł to samo, w sobie. Opadli razem na łóżko.
Coś mu tu nie grało. Sasuke... Było inaczej, niż zawsze. Sasuke nie patrzył na niego, miał zamknięte oczy. Sasuke zawsze się na niego patrzy.
-Sasu...
-Muszę już iść. Miłej pracy. - usłyszał tylko, zanim Uchiha ubrał się i opuścił jego mieszkanie, utwierdzając go w okropnym fakcie, że jednak zawsze będzie zwykłą kurwą.


środa, 14 sierpnia 2013

4. Rozmowa

Po pierwsze. Dziękuję! Myślałam, że dacie radę dojść do trzystu odwiedzin, a tu niespodzianka! Trzysta siedemćdziesiąt dwa! Dziękuję Wam bardzo, każdej osobie która choćby weszła. Komentarze cieszą, motywują. Ale wiem, że nie chce się Wam pisać ,3 No trudno, jakoś to przeżyję, nie nastawiam się tak na to... Reklamuję się, ale nie szukam czytelników na musa. Kto chce, niech czyta, komentuje. Kto nie chce- to nie!
Jeszcze raz dziękuję i kończę już biadolić. Zapraszam na nowy rozdział.

PS. Druga część Two-shocika zostanie dodana, gdy pięćset pięćdziesiąta piąta osoba wejdzie na bloga, więc - wchodźcie! I zostawiajcie komentarze ,3



Był ranek, kiedy telefon w końcu raczył ruszyć mózg, rozrusznik, dysk, czy tam kartę nawigacyjną i zadzwonić.
Itachi zerknął tylko na wyświetlacz, by upewnić się, czy to właśnie ten numer i nacisnął zieloną słuchawkę.

***

Krótkowłosy z bijącym sercem nacisnął ''połącz''.
W dupie miał, że jest środek nocy, w dupie miał, która godzina jest tam, gdzie jest On w dupie miał, ile zapłaci za ten pieprzony roaming. Wszystko aktualnie miał z resztą w dupie, oprócz tego, co zaraz prawdopodobnie miało się stać.
Na wdechu czekał, czując, że powoli traci powietrze w płucach, na Jego głos.
Jego, czyli jego brata.
Na głos, który słyszał dzisiaj po raz pierwszy, od przeszło dwunastu lat.
Nagle z uczuciem niepojętej radości, szczęścia, a także, dla soczystej odmiany- niedowierzania, usłyszał ten sam głos, co kilka godzin temu.
-Sasuke? Nie rozłączaj się.- Padło polecenie, wypowiedziane tym dźwięcznym, nieznanym, ale prawdopodobnie tak bliskim mu głosem.
Jeszcze chwila. Jeszcze jedna, słodka chwila czekania i dostanie odpowiedź na swoje pytanie. Jeszcze chwila...
-Aniki?- Zapytał, jakby nie zważając na okoliczności- głupkowato. Jednak znając sytuację, w jakiej był położony, było to teraz jedyne mądre pytanie, jedyne mądre słowo, jakie mógł w tej chwili powiedzieć.
-Tak, otouto. To ja. -Usłyszał, a jego serce stanęło nagle, by po chwili zacząć bić ze zdwojoną siłą.
Itachi. Itachi. To naprawdę on!
Jak w to uwierzyć? To na pewno nie są żarty. To nie mogą być żarty! To musi być jego Aniki, kurwa, musi!
-Jeżeli mnie robisz w konia, to Cię zabiję po prostu. - Powiedział po chwili. Kurwa.
Jeśli to są jakieś żarty, to się zabije.
-Spokojnie, to naprawdę ja. Itach Uchiha, lat dwadzieścia pięć, urodzony w Tokio. -Powiedział głos po drugiej stronie słuchawki, spokojnym tonem. Widocznie wszystkie kwestie miał wyuczone na pamięć, wszystkie ewentualne pytania, odpowiedzi...
-Kim był Madara? - Zapytał Sasuke raptownie.
*Odpowiedz, błagam, odpowiedz...* Myślał, błagając Boga, w którego niestety i tak nie wierzył, by pseudo-Itachi znał odpowiedź na te pytanie.
-Co? - Usłyszał, zamiast odpowiedzi.
-Jeżeli jesteś prawdziwym Itachim, musisz wiedzieć kim był Madara. - Powiedział twardo, zaciskając zęby. Nie. Nie. Nie. Błagam. Odpowiedz...
-Nie sądziłem, że będziesz to pamiętał... Miałeś wtedy osiem lat... - Powiedział głos zza słuchawki telefonu. - Madara był starszym bratem Izuny. Mieszkali w małym królestwie Konocha, którym rządził król-hokage Sarutobi...
-Yamete*! Itachi! Gdzie jesteś? Powiedz, gdzie jesteś? Przyjadę do Ciebie! - Prawie krzyknął do telefonu Sasuke, a jego głos jednoznacznie świadczył o tym, że mówi całkowicie poważnie.
Jakiekolwiek wątpliwości poszły w tej chwili na dłuuuuuugi spacer i raczej miały już nie powrócić, dla dobra rodzeństwa i całego świata. (Czy wspominałam o tym, że jestem uzależniona od fantastyki? Nie? To właśnie wspomniałam xD)
-Ciiii... Spokojnie. przyjedziesz, przyjedziesz, ale nie teraz. - Obiecał domniemany Itachi kojąco-radosnym tonem.
-A-ale Itachi. Nie chcesz się ze mną spotkać? Nie chcesz? Myślałem, że...
-Jasne, że chcę. Ale chyba nie po to dzwonisz, aby poznać mój adres. I tak nie dasz rady w tej chwili rzucić wszystkiego i przyjechać, z resztą, jestem teraz za daleko od Ciebie. - Itachi przerwał swojemu bratu monolog, stawiając go pod murem z napisem "Nie ma bata, nie da rady.".
W słuchawce dało się słyszeć jedynie ciche westchnienie młodszego. No tak...
Zachowujesz się jak dziecko, Sasuke. Wyluzuj w końcu. Uspokój się, bo uzna Cię za bachora...
-Jesteś tak samo słodki i wygadany, jakiego Cię zapamiętałem. - Powiedział Itachi, a dla dwudziestolatka stanęło serce.
Zapamiętał go... To tak cudownie brzmi....

***

Itachi uśmiechał się jak łysy do sera, wsłuchując się w ten cudowny, płynny głos.
W końcu mógł go słyszeć... Prawie że widział przed oczami jego oczy, nos, usta, twarz... I te krucze włosy. Czy nadal takie ma? Może przefarbował, zmienił fryzurę... Tak, na pewno...
Tak bardzo chciałby go zobaczyć. Teraz, w tej chwili.
-Sasuke, jak teraz wyglądasz? - Zapytał w pewnym momencie i popatrzył się na ścianę. Chciał wiedzieć. Nadrobić. Poznać go...
-Emmm... No, ten... Mam czarne włosy, czarne oczy.... Tak jak kiedyś. Sto siedemdziesiąt jeden wzrostu, nie jestem gruby... - Usłyszał. W tej samej chwili obrazował go sobie na jasno-granatowej ścianie, niczym na płótnie.
Był idealny. Bo jak to inaczej opisać?
-A Ty? - Zapytał Sasuke, po drugiej stronie.
-Zobaczysz, jak się spotkamy. - Powiedział, ocknąwszy się ze słodkiego letargu. Umm... Czemu nie może go teraz dotknąć? Pogładzić po policzku, poczochrać włoski, cmoknąć w czółko, jak kiedyś...
Chciałby móc to zrobić.
Ale nawet jak się spotkają, czy będzie mógł? Są już dorosłymi ludźmi i... Z resztą, co to kogo obchodzi? Muszą nadrobić wszystko, począwszy od dnia ich rozstania, nie od dzisiaj... Sasuke też na pewno tego chce, zawsze był przylepą, lubił się tulić. A teraz? Czy wyrósł z tego?
-Itachi, jesteś? Itachi? - Usłyszał, z niezbyt rozradowaną miną stwierdzając fakt, że znów się wyłączył. Ehh.
-Tak, przepraszam, zamyśliłem się. - Powiedział przepraszającym tonem, kierując swój wzrok na podłogę. Powinien się bardziej skupić na rozmowie, a nie na rozmyślaniach... w końcu to ich pierwszy jakikolwiek kontakt od tylu lat...
-Przeszkadzam? - Usłyszał nieśmiało wypowiedziane słówko i od razu dał sobie mentalnego kopa w przysłowiowe cztery litery. Skup się!
-Nie, skąd! Po prostu wyobrażałem sobie Ciebie... Strasznie chciałbym Cię zobaczyć... - Wytłumaczył spokojnie, jednak w głębi duszy miał zasadzone ziarenko niepewności. A jeżeli nie uwierzy? Co wtedy?
-Oh, rozumiem... Może przenieśmy się na Skype? - Zaproponował Sasuke, ku uciesze swojego rozmówcy.
-Chciałbym. Ale wolę poczekać. Prezent na który czeka się bardzo długo, podoba się najbardziej. - Powiedział z uśmiechem i usiadł na fotelu. Tak... Poczeka. Poczeka, ile trzeba. Przecież dał radę dwanaście lat.

***

Sasuke siedząc na łóżku, patrzył się w białą, pomazaną czarnym długopisem kartkę.
Może to brzmieć co najmniej głupio, ale teraz dałby się pokroić za ten świstek, więc sumiennie od piętnastu minut wklepywał w swój mózg treść karteczki.
Hotel Haku**, Asfaltowe Wzgórza pięćdziesiąt cztery, pokój numer dwieście dziewięć. Tokio.
A pod spodem krótki, niby nic nieznaczący ciąg cyferek i znaczków.
13.08, 19:30.
Tak Sasuke. Tylko tego nie schrzań.
Proszę.
Tylko tego nie schrzań.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

*Yamete [jap.] - Przestań
**Haku [jap.]- biały



piątek, 9 sierpnia 2013

Two-shot: Pamiętnik. part I


Wiem, wiem, zasłużyłam na karę. Trochę sie to przedłużyło, miały być dwie części po maksymalnie cztery strony, ale wyszło jak wyszło. Do tego jest masa błędów... Wiem. Rena is very very bad girl. Mam jednak nadzieję, że opo zjadliwe... Jak ktoś czyta i się mu chce, to niech zostawi komentarz. Wtedy może Rena się zmobilizuje i doda czwarty rozdzialik już w  niedzielę, a kontynuację tego już w środę. To ustalmy granicę. Wymiana będzie za trzy komenty ,p a teraz dosyć ględzenia, zapraszam do czytu-czytu~


Ciemnowłosy chłopak wybiegł z domu. Był ubrany w czarne dresy, adidasy i czarną podkoszulkę z logo Nike.
Na podwórku nie było zbyt ciepło, więc narzucił na siebie granatową kurtkę umożliwiającą cyrkulację powietrza, czy coś tam. Jak zwał, tak zwał.
Zrobił kilka skłonów, przysiadów i wybiegł przez furtkę. Biegał, codziennie rano, czasem też wieczorami, od... Dobrych kilku lat. Jeden z jego najzdrowszych nawyków.
Zawrócił, gdy jego zegarek na rękę zaczął wibrować. Czas wracać do domu, w końcu na ósmą do szkoły.

***

-Teme! Znów wyszedłeś dziesięć minut za późno! Znów się spóźnimy! - Krzyknął rozeźlony blondyn, tupiąc nogami o chodnik. -Nie olewaj mnie! - Krzyknął znowu, widząc, że jego domniemany rozmówca przechodzi obok. Po dwóch minutach jednak, domniemany rozmówca odwrócił się, zaciekawiony ciszą.
Zazwyczaj wystarczało policzyć do dwóch, aby usłyszeć kolejny wybuch blond-narwańca, a sytuacja, w której on nie następował, była wielce zadziwiająca.
Co. Do. Cholery.
Ten głupek, zamiast się na niego złościć i wyklinać w najlepsze sobie... Esemesuje?!
-No, młotku, uważaj, bo znów wejdziesz w latarnie... - Zaczepił go.
Zawsze potrafił go sprowokować, za to tym razem jedyne co mu wyszło, to pulsująca żyłka na czole. Kutfa.
Olał go i przyśpieszył. Jego stan pogorszył się jeszcze bardziej, gdy po około pięciu minutach usłyszał jakże inteligentne pytanie wypowiedziane przez narwańca.
-Ymmm... Mówiłeś coś?
-Nie. - Odpowiedział, zaciskając zęby. Nie będzie się poniżał, bez przesady... Szedł dalej, nie zwracając uwagi na blondyna. Czyli wracamy do domu. Znów jest normalnie.
-Teme! Wiem, że coś mówiłeś! Znów się ze mnie nabijałeś! Masz mi...
-Właśnie o tym mówiłem. - Zaśmiał się ironicznie, patrząc, jak Naruto łapie się za czoło, po bardzo bliskim spotkaniu z latarnią.
-Ał! To nie jest śmieszne! - Krzyknął blondyn, rozmasowując obolałe czoło.
-Oj, jest. Nawet nie wiesz jak bardzo. - Zaśmiał się i zaczął iść. - Rusz się, bo tym razem przez Ciebie się spóźnimy. - Powiedział.
Jak zawsze, wyszło na jego. Heh. Norma.

***

Na lekcji było cicho. Nikt normalny na lekcji profesora szanownego Orochimaru, nie próbował dyskutować. W ostatniej ławce, zajmowanej przez dwójkę dosyć specyficznie do siebie nastawionych przyjaciół, słychać było jedynie szuranie kredy po tablicy, gdy szanowny i uwielbiany przez wszystkich (czytaj: znienawidzony) profesor z rodziny żmijowatych (i bynajmniej nie chodzi tu o nazwisko, choć kto tam z resztą wie...) pisał na tablicy jakieś głupie dysocjacje i... Cichy brzęk klawiszy telefonów.
Sasuke powoli zalewała krew, ze złości, irytacji i ciekawości.
"Z kim tak namiętnie piszesz." - Napisał na ostatniej kartce swojego zeszytu.
Trzeba wspomnieć, że musiał sporej siły by go szturchnąć, aby młotek stwierdził kartkę podpychaną mu prawie że pod nos, ponieważ zwykły kopniak w piszczel nie był w stanie odwrócić jego uwagi od ekranu swojej ukochanej Nokii X2 (tak, wiem, mam manię na punkcie tej firmy xD).
Zamrugał oczami i spojrzał na kartkę, a jego policzki nieznacznie poróżowiały.
"Z kolegą." - Odpisał mu lekko drżącą ręką.
Oh, wiec wszystko się wyjaśniło. Naruś ma chłopaka. Słodkie. Ciekawe tylko, czemu on musiał się zakochać w kimś, kto i tak nigdy go nie pokocha tak, jak on.
Odłożył zeszyt i spojrzał na tablicę, z przykrością, a może jednak i bez niej, stwierdzając fakt, że nie rozumie ani jednego znaku, cyferki, nie mówiąc już o symbolach pierwiastków. Z niemym westchnieniem wsadził słuchawki w uszy i spoczął na ławce, wsłuchując się w czyste, ostre dźwięki muzyki.

Our legs begin to break.
We're walked this path for far to long.
My lungs, they start to arche,
But still we carry on.
I'm chooking on my words,
Like I got a noose around my neck.
I can't believe it's come to this.
I can't bellieve it's come to this.
And dear, I fear
Thats this ship is sinking tonight.
I won't give up on you.
These scars won't tear us apart.
So don't give up on me.
It's not too late for us.
And I'll save you from yourself.
And I'll save from yourself.*

***
Lekcje zaczynały właśnie się kończyć. Akurat, gdy Sasuke wyjął telefon, by sprawdzić ile czasu zostało do końca lekcji, zadzwonił ostatni już dzisiaj dzwonek, obwieszczający koniec lekcji. Podniósł głowę z ławki, z przykrością uświadamiając sobie, że nudności, których dostał po ostatniej lekcji, nie minęły.
Wstał z krzesła i zaczął pakować książki do torby. Kurde. Jest źle.
Popatrzył na tablicę. A raczej tablice, bo widział dwie. Zacisnął oczka i pokręcił głową. Odetchnął głęboko i skierował się jeszcze w miarę prosto w kierunku wyjścia, jednak okazało się to zbyt dużym wysiłkiem dla jego płuc, którym raptownie odechciało się pracować.
Przytrzymał się ściany i starał się łapać powietrze.
-Sasuke? Co jest? - Usłyszał przestraszony głos swojego przyjaciela, jednak był zbyt zajęty ratowaniem ostatnich drobinek powietrza ze swoich płuc. Poczuł jak pod pachy wbijają mu się jakieś kościste palce, potem krzyk. Nic więcej nie był w stanie stwierdzić, przy betonie opadającym na jego klatke piersiową. Chciał tylko powietrza.
To była jego ostatnia myśl, zanim dopłynął "Brakiem Tchu" do portu zwanego "Ciemnością".

***
Brunet otworzył swoje onyksowe, aktualnie przekrwione oczęta, spoglądając w biel sufitu zalegającego nad nim. Szczerze? Nic nie pamiętał.
Czuł jedynie tępy bul w głowie i suchość w gardle.
Po chwili dało się też słyszeć ciche pikanie i stukot.
Odwrócił głowę w lewo i spojrzał prosto w okno, oślepiające blaskiem. Zmrużył oczy i po chwili przyzwyczaił się do owej jasności, w której przebywał. Otworzył oczy ponownie. Piekły, ale szło z tym wytrzymać. Zauważył białe ściany, do połowy pomalowane blado-zieloną emalią.
Szpital.
-Sasuke? Słyszysz mnie? - Usłyszał głos po drugiej stronie.dopiero teraz poczuł, że ma coś założone na usta. Maska.
Skupił się i poczuł, jak coś delikatnego głaszcze go po dłoni.
Nie mógł wpaść na żadną myśl, kim ten ktoś może być, kogo to ręka go głaszcze, czyj to głos, taki czysty, aksamitny... Odwrócił powili głowę i spojrzał w czarne tęczówki jakiegoś mężczyzny. Zna go. Tak... Tylko nie pamięta imienia... Aniki.
-To ja, Itachi. Spokojnie, już wszystko jest dobrze. Możesz oddychać? - Zapytał mężczyzna uśmiechając się pięknie, a Sasuke pokiwał głową i zaciągną się powietrzem, aby udowodnić. Silikon sprawnie uniemożliwiał powietrzu uciec, a maszyna wciąż serwowała kolejne porcje życiodajnego tlenu.
Nie każdy człowiek potrafi docenić powietrze. Dopiero gdy go zabraknie, dowiadujemy się, jak bardzo jest ono nam potrzebne.
Otworzył usta, jednak maska sprawnie tamowała jego słowa, których nie dość, że nie mógł wymówić, to na dodatek nie było by słychać.
Popatrzył pytająco na swojego brata, chcąc zapytać go, co tak naprawdę się stało.
-Sasuke... Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mogę z Tobą rozmawiać. Strasznie nas przestraszyłeś, Naruto prawie zemdlał ze strachu i musieli wołać drugą karetkę... Miałeś atak... Astmy. - Powiedział Itachi, a Sasuke rozszerzył oczka.
Astma? Ale jak? To nie możliwe... To brzmiało strasznie. Jak wyrok...
-Spokojnie. To nie jest choroba śmiertelna. To znaczy...
Sasuke złapał dłoń Itchy'ego, patrząc na niego wzrokiem "Cicho już.". Doskonale wiedział, co to astma... W końcu mama na to zmarła. Był wtedy bękartem, ale wiedział...
-Zaraz zawołam pielęgniarkę. - Powiedział Itachi, wstając. Wyszedł z sali, by po chwili wrócić, idąc ślad śladem za niezbyt wysoką, rudowłosą kobietą.
Miała może trzydzieści pięć lat, była ładna. Gdyby nie kilka drobnych zmarszczek, wyglądała by wiele młodziej. Delikatny makijaż, blada cera, oczy rozpromienione radością, a na ustach miły uśmiech. Taką pielęgniarkę chciałby mieć każdy pacjent.
-No, Sasuke, jak się spało? - Zapytała z uśmiechem, zdejmując mu maskę i poprawiając poduszkę. Chłopak wziął głęboki wdech. Nie wiedział czemu, ale w pamięci miał przedziwne uczucie strasznego ciężaru na piersiach. Dotknął ręką klatki piersiowej, jakby szukając oznak złamania, skrzywienia, czy czegoś. Może miał wypadek? Ale dlaczego astma?
-Spokojnie. Nic Ci nie jest. Możesz mówić? - Zapytała pigułka, patrząc na niego matczynym wzrokiem.
-Chyba tak. - Powiedział ochryple. Chciał się zaśmiać. Brzmiał jak prosie, któremu podrzyna się gardło. Heh, porównanie. Sto procent true.
-To teraz spróbuj zasnąć. Jesteś jeszcze osłabiony, płuca muszą się uspokoić. - Powiedziała pielęgniarka, ponownie nakładając mu maskę, zamykając mu tym samym usta na jakiekolwiek protesty.
Pogadała jeszcze chwilę z Itachim i poszła.
Sasuke zamkną oczy i starał się skupić na zaśnięciu. Był zmęczony, ale nie potrafił zasnąć. Och, dziadek Morfeusz nie kwapił się z przyjściem i daniem mu solidnego kopa w kościsty zadek, nakazując mu tym samym spać, o nie. Dzisiaj kochany przodek z rodzinnej Starszyzny wziął urlop i szczerze mówiąc po prostu go olał. Sasuke starał się chociaż robić pozory śpiącego, gdy w końcu wpadł na pomysł, czemu nie może zasnąć. Z równowagi ciągle wyprowadzał go dźwięk... Klawiszy telefonu Itaśka. Z czymś mu się to strasznie kojarzyło, ale nie mógł sobie przypomnieć, z czym.
Nie mógł sobie przypomnieć, do pewnego momentu.
-Sasuke jeszcze śpi? - Usłyszał brunet, a jego szok ukrywała jedynie senna maska, narzucona na blade oblicze.

~KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ~

*Bring Me The Horizon - The sandess will never end. Polecam.

PS. Tytuł opowiadania wyjaśni się w drugiej części.

wtorek, 6 sierpnia 2013

3. List.

No to oddaję w Wasze szanowne łapki trzeci rozdział opka. Widzę, że licznik odwiedzin idzie w górę, ale nikt się nie odzywa. No trudno... Pisać i tak będę, choćby dla samej siebie. Jak myślicie? Czy do czwartego rozdzialiku dojdziecie do trzystu odwiedzin? Mam nadzieję ,3 A teraz dość biadolenia... Jeżeli ktoś chce być informowany, pisać na gg, jest podane na moim profilu na bloggerze. A teraz zapraszam na notkę.



Rudowłosy, na około dwudziestopięcioletni letni mężczyzna szedł ulicami zatłoczonego Tokio. Nienawidzi tego miasta. Jest tu stanowczo zbyt dużo ludzi, zbyt dużo gapiów. Może i Londyn pod tym względem nie różnił się tak bardzo, ale przynajmniej nie był przeludniony, a znalezienie mieszkanka, czy choćby dobrego hotelu nie było prawie niemożliwe. Jaka to była ulica? Tak, tak... Pamięta... Itachi mówił... Eee...
W porównaniu z Wielką Brytanią, Japonia miała straszne nazwy ulic. Po prostu się  odzwyczaił, po sześciu latach przebywania poza krajem. Na szczęście, dla niego, zamieszkali w dzielnicy, w której jest do kogo otworzyć gębę w swoim języku, więc nie zapomniał japońskiego.
Ah, no tak. Kalejdoskopowe osiedle. Co za dziadowska nazwa?? WTF?? Jakby nie mogli wymyślić czegoś łatwiejszego. Jak na przykład Tęczowy Las*. Proszę. Brzmi sto razy ładniej i jest tak głupie, że łatwo zapamiętać...
Sasori usiadł na ławce, tak by mieć dobrą widoczność na rezydencję rodziny Uchiha. Nic tutaj się nie zmieniło, nadal ten sam obsrany przez psy trawnik. No, może trochę więcej kwiatków dosadzili. Tak, róż. Aby smarkacze miały czym poharatać łapy.
Siedział na ławce, siadem tureckim, czekając, aż obiekt jego pseudo a'la misji wyjdzie z domu. Tyle zachodu by dostarczyć osobiście list dla jakiegoś gówniarza. No, ale czego nie robi się dla przyjaciół...

***

Sasuke siedział w domu.
Kolejny dzień już nie miał co robić. Wakacje są do dupy. Szczególnie lipiec. Szczególnie, cholerny, dwudziesty trzeci lipiec, kiedy to wszyscy są strasznie sztuczni, mili, groteskowi i przynoszą mu te badziewne czekoladki, słodkie w chuj, których i tak nie może jeść. Nie chce, nie musi, nie może. Nie ważne.
Wstał i chwycił małą paczuszkę, leżącą obok łóżka. Prezent od Naruto.
Kim był Naruto?
Skąd ma to kurna wiedzieć?
Naruto był zawsze. Zawsze i wszędzie. Przyjaciel, kolega, wróg, rywal, ostoja... Normalnie, jak chemikalia z Biedronki. Wszystko w jednym. (Jakby ktoś nie wiedział : Szampon, odżywka, mydło, proszek do prania, płyn do naczyń, czasem też domestos.)
Rozerwał papier i otworzył małe, czarno-srebrne pudełeczko na biżuterię. Popatrzał na wisiorek zalegający na mięciutkim materiale. Fiu, fiu... Pierwsza klasa po prostu.
Wyjął zawartość pudełeczka i położył na dłoń, by dobrze się temu przyjrzeć. Wisiorek miał kształt wachlarza, z czego górna połowa była srebrna, a dolna- złota. Na srebrnej części była wygrawerowana dumna dwudziestka, a z tyłu, na samym dole nóżki wachlarza, dopatrzył się próby. Wysokiej próby. Uśmiechnął się do siebie. Nie lubił prezentów. Ten akurat był ładny, dopracowany, dany rozmyślnie... Ale to nie zmieniało faktu, że ich nie lubił. Po prostu nie umiał się już nimi cieszyć. Nie umiał, odkąd... Eh.
Odłożył wisiorek do pudełeczka i położył na szafkę. Popatrzył na łóżko na którym leżało jeszcze kilka innych, mniejszych lub większych drobiazgów, który dostał w ten okropny dzień. Nie chciało mu się na to patrzeć. Nawet nie był ciekawy. Takie rzeczy jedynie utwierdzały go w przejmującym fakcie, że kolejny już rok nie widział Go. Kolejny, długi rok, kolejny rok, w którym stracił jakąkolwiek nadzieję na zmianę.
Ma już dwadzieścia lat. Od dzisiaj jest tym cholernym, pełnoletnim obywatelem Japonii i wbrew namowom rodziców i pseudo-przyjaciół, nie ma zamiaru uczestniczyć w tej cholernej paradzie.**
Dwanaście lat minęło, odkąd Cię ostatnio widziałem. Czy nadal mnie pamiętasz? Czy nadal jesteś moim Aniki, Itachi?

***

Rudy siedząc na miejscu kolejną godzinę, powoli zaczął tracić nadzieję, że ten cały zasrany ''braciszek'' nadal tam mieszka. Nosz kurdę.
Gdy już kochana mamusia Nadzieja zaczęła opuszczać jego płomienną główkę, a kochany tatuś Ból zaczął zaglądać w tyłek, na którym nieprzerwanie, od pięciu godzin czekał, stał się cud.
Nie, niestety ławka nie zamieniła się w super wygodny fotel z plazmatycznym telewizorkiem, wieżą stereo i kinem domowym. Niestety. Jednak z domu powoli wyłoniła się ubrana na czarno postać, w glanach, czarnych rurkach i granatowej, kraciastej koszuli. Czarne włosy sterczały... Przepraszam, układały się pięknie wokół bladej twarzy. Z daleka nie było widać, czy domniemany osobnik Alfa miał pomalowane na czarno oczy, czy to może (nie)zwykłe cienie pod oczami, robiące za mejkap. Po kilku chwilach, doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej jest to i jedno, i drugie.
Wstał z ławki, z lubością rozprostowując nogi i podszedł do owego człowieko-podobnego stworzenia, jakim był Sasuke. Nawet nie musiał się go o to pytać. Po prostu to widział. Podobieństwo między braćmi było naprawdę urzekające.
-Sasuke, prawda? - Zapytał, z czystej formalności.
Odpowiedział mu jedynie pytający wzrok chłopaka.
Nie ma co się dłużej męczyć.

***

Sasuke.
Dawno się nie widzieliśmy, co nie? Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętasz, Otouto.
Z tego, co się orientuję, albo nie odpisywałeś z własnych powodów, albo... Właśnie, ''albo''.
Zdaje mi się, że żaden z moich listów nie dotarł do Ciebie. Szkoda. Nic  tym nie mogłem zrobić, aż do dzisiaj. Ale musisz mi wierzyć, pisałem... Nie miałem żadnej odpowiedzi, ale pisałem.
Pamiętasz Sasoriego, tego, który kiedyś mieszkał w Tokio, na naszej ulicy? On dał Ci list.  Czemu akurat on? Później się dowiesz... Mam nadzieję, że nie narobił Ci stracha... Do ludzi ma zniszczone podejście.
Nawet nie wiem, jaki teraz jesteś...
Nie wspominaj o mnie rodzicom, nienawidzę ich.
Tak strasznie tęsknie... Kochasz mnie jeszcze?
Zostawiam Ci mój numer, zadzwoń, jeżeli chcesz. Mam jednak nadzieję, że zadzwonisz.
Kocham Cię.
Itachi.
PS. Sto lat, z okazji dwudziestych urodzin.

***

Brunet patrzył na białą kartkę papieru, siedząc na łóżku. Z przykrością musiał stwierdzić, że kartka została pognieciona, a może i nawet porwana przez niego w miejscach, gdzie zacisnął na niej palce. Nie mógł puścić.
Już sam nie pamięta, kiedy ostatnim razem widział te duże, eleganckie, lekko pochyłe pismo. Ile lat temu ktoś nazwał go ''otouto'', ile lat temu ostatni raz widział swojego Aniki? Już jest chyba za duży na to słowo.
Jak wygląda? Co robi? Gdzie jest? Jaki jest?
Popatrzył jeszcze raz na kartkę, czytając list od nowa.
''Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętasz [...]"
Jakby mógł zapomnieć??
''[...] nie odpisywałeś [...]"
Nie miał na co! Ale pisał! Co tydzień, co dwa, potem co miesiąc, co trzy... Aż w końcu co rok, zawsze dziewiątego czerwca***...
"Nie wspominaj o mnie rodzicom, nienawidzę ich.''
Więc to oni? Te listy na stole... Nie potrafił uwierzyć w to, że byliby do czegoś takiego zdolni...
Sasuke podszedł do biurka i popatrzył na telefon.
Zadzwonić?
Czy tego chce, pragnie? Czy to naprawdę nadal jego kochany ''Aniki''? Czy w ogóle to prawda? Może jakiś głupi żart?
Rok. Dwa lata. Potem trzy. Dwanaście.
Czy nadal są braćmi?
Bez zastanowienia wystukał na swojej Nokii* podany na kartce numer.
Jeden sygnał.
Dwa sygnały.
Trzy sygnały.
-Uchiha Itachi, słucham?
Nagle serce dwudziestolatka stanęło w miejscu.
-Halo, kto tam?
Znów ten sam, głęboki głos. Milczał.
Milczał, bo nie był w stanie nic powiedzieć.
-Halo, jest tam ktoś?
-Itachi? - Wydusił z siebie, sam przestraszywszy się swojego głosu. Bardziej przypominał zarzynaną kwokę...
Nie. Nie uwierzy. To nie możliwe...
-Sasuke? To ty? - Usłyszał.
Ten głos. Czy to możliwe, aby należał do Itachi'ego? To nie był jego głos. Nie, to nie jego... Itachi miał niski, ale słodki głos dwunastolatka, a nie głęboki, hipnotyzujący głos dorosłego mężczyzny.
Rozłączył się i odłożył telefon na biurko.
Za dużo.
Stanowczo za dużo.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


*No co? XD Wierzcie, lub nie, ale tak nazywa się osiedle w Olsztynie xD
**Nie pamiętam, jak to się nazywa, ale co roku, w Japonii jest parada, w której uczestniczą jedynie osoby, które przez ostatni rok weszły w pełnoletniość, czyli skończyły dwadzieścia lat. Taka baaaaaaardzo stara tradycja, a wiadomo- tradycja jest droga. XD
***Urodziny Itchy'ego.
****Kocham tą firmę xD Ogólnie, pochodzi przecież z Dżapanii, więc jest ok xD


Mam nadzieję, że chociaż trochę Wam się podobało, a jak nie, to trudno... Widzimy się za tydzień... Papa ,)



czwartek, 1 sierpnia 2013

2. Koperty.

Dobra, robaczki. Bez zbędnego biadolenia dodaję drugi rozdział.
Jika-san, dzięki za koment !p mam nadzieję, że i ten rozdzialik Ci się spodoba. To do zobaczenia za tydzień i zapraszam na drugi ,)
DEDYK: JIKA-SAN


   Blady chłopak siedział na łóżku trzymając komórkę przy uchu. W idealnej ciszy, która panowała w pomieszczeniu, dało się słyszeć słowa wydobywające się z głośnika telefonu.
 -Strasznie mnie ciekawi, ile ona tak wytrzyma! Nie rozumiem, jak można mieć czterech facetów w ciągu tygodnia? Taka szmata z tej Sakury-chan, nee, Sasuke-kun?- Usłyszał brunet, wlepiając czarne ślepia w zegarek na bladym nadgarstku.
Osiemnasta pięćdziesiąt cztery. Rozmawiają już trzy kwadranse. Ileż można?
 - Halo, Sasuke, jesteś tam?
Cisza.
 - Sasuke?!
 - Mhm. - Padła jakże rozbudowana odpowiedź, nie ukrywająca znużenia jej autora.
 - Przeszkadzam? - Zapytał głos po drugiej stronie, słysząc kolejną, wysoce polisylabową wypowiedź.
Rozmowa, ku wielkiej uciesze chłopaka, zakończyła się niedługo potem.
Sasuke odłożył "diabelskie urządzenie", klapnął swoim młodzieńczym cielskiem na szkarłatną pościel i popatrzył w biały sufit. Należało by dodać, że ostatnimi czasy stało się to jego ulubionym zajęciem.
Po kilku minutach ''nic-nie-robienia'' wstał, z zamiarem pójścia do kuchni i zrobienia sobie cudownego, kofeinowego trunku, jednak czynność ta została brutalnie przerwana przez bezczelny dźwięk dzwonka bezczelnej komórki i bezczelnej osoby, usiłującej dodzwonić się do Jego Królewskiej Bezczelności.... przepraszam. Idealności.
''Znowu?"- pomyślał zirytowany i spojrzał na wyświetlacz telefonu.
Dzwoni: Lolo
"Lolo?"- Pomyślał usiłując sięgnąć pamięcią wstecz, jednak okazało się, że ta czynność jest ponad jego możliwości. Wyszedł więc z pokoju zchym "się.", rzuconym w stronę telefonu.
Ruszył schodami w dół, prowadzącymi do kuchni, po drodze zaglądając w wielkie lustro, zawieszone naprzeciw nich. Co tam zobaczył?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dziesięć lat wstecz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 - Aniki, spójż, Aniki!
Mały, na około sześcioletni  chłopczyk zbiegł po drewnianych, lakierowanych schodach w dół, trzymając w bladych rączkach niebieską różę z papieru. W końcu udało mu się zrobić kwiatka, którego obiecał sobie dać jutro, w Dzień Ojca, dla swojego tatusia.
Ale najpierw pokaże dla braciszka, bo jeżeli Itachi uzna, że jest brzydki, to zrobi nowy! Nie chce, by tatuś znów tak źle się patrzył... Musi wyjść idealnie!
Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, z przykrością stwierdzając fakt, że nikogo nie ma. Pobiegł więc na górę, odwiedzić tak bardzo mu znany, pokój swojego ukochanego aniki, jednak tam też nie było śladu jakiegokolwiek życia, nie licząc muchy, która z tylko sobie znanych powodów latała po pokoju, brzęcząc upierdliwie. Dopiero teraz Sasuke zdał sobie sprawę, że w domu jest straszliwie cicho... Nikogo nie ma.
Zrezygnowany usiadł na schodach i popatrzył naprzeciw nich, trafiając wzrokiem w dwa okrągłe węgle. Jest tak podobny do niego... Czemu nie może być tak samo dobry? Zamachnął się i rzucił origami w lustro, jednak papier nie doleciał i upadł tuż przed nim.

***

Niedziela. Ulubiony dzień każdego, szanującego się Japończyka. Czarnowłosy chłopak leżał na łóżku, jak zawsze patrząc się w sufit.
Która godzina?
Spojrzał na podświetlany, elektryczny zegarek na szafce nocnej. Dziewiętnasta.
Przekręcił się na bok i wbił spojrzenie swoich onyksowych ślepek w ścianę. Jaki to kolor? Ciemny niebieski. Dla niektórych jasny granat. Sam nie wiedział i zrezygnował z tej czynności, na rzecz  zrobienia sobie krótkiego spaceru. W tym celu zszedł z łóżka, na którym zalegał już dobre kilka godzin i skierował się do pokoju, by poinformować rodzicielkę o swoim zamiarze.
 - Mamo, ja wych...
Jego słowa utknęły mu w gardle, gdy ujrzał na szklanym stoliku pełno kopert. Zdecydowana większość była biała, jednak dało się zauważyć też kilka w innych kolorach. Czerwone, niebieskie, zielone, żółte. Na kanapie siedziała mama i czytała jakiś list, w ręku trzymając pustą kopertę.
 - Oh, Sasuke. Ty nie u Naruto? - Zapytała Mikoto. Na jej twarzy widoczne było zdenerwowanie, ale ukrywała to za maską niezbyt szczerego uśmiechu.
Zaczęła zbierać koperty w stosik, który okazał się dosyć wysoki. Włożyła kartkę do papierowego opakowania i położyła na wierzch, wszystko przewiązawszy dwa razy gumką recepturką.
 - Nadal nie ma żadnej wiadomości? - Zapytał z małą nadzieją, jednak w odpowiedzi dostał tylko lekkie pokręcenie głowy. Westchnął.
 - Wychodzę. - Rzucił i zniknął za drzwiami.

***

Nie miał pojęcia czemu, ale coś nie dawało mu spokoju.
Koperty.
Co w nich było?
Widział jedynie stare znaczki, takie sprzed kilku lat. Pokazywały jakiś wieżowiec na tle nocnego nieba. Pamiętał je, bo zawsze chodził do pobliskiego sklepu, gdy wysyłał listy do... Do niego. Sama myśl o nim napawała go smutkiem.
Kiedy to było? Z pięć lat temu... Pięć długich lat...
Więc rodzice czytają stare listy... Od kogo?
Znowu kolejne pytanie, na które nie zna odpowiedzi... Eh.
Siadając w parku, na ławce, dopiero zarejestrował w swoim umyśle myśl, gdzie się znajduje.
W oddali jeszcze słychać było krzyki bawiących się na pobliskim placu zabaw smarków, czyli nie było tak późno. Ze smutkiem stwierdził, że nie zabrał z domu komórki, jednak jakimś cudem w kieszeni swojej ukochanej, skórzanej kurtki odnalazł MP3 i poplątane słuchawki. Bez zastanowienia wetknął kabelki w uszy i oparł się wygonie o ławkę.
Na pewno przesiedział tak sporo czasu, bo gdy został wybudzony ze słodkiego letargu przez upierdliwego komara, dzieciaków nie było już słychać. Nie tylko ich z resztą. Nawet roboty drogowe zdały się ucichnąć, jak i samochody, choć jedynie z tej części miasta, sporo oddalonej od hałaśliwego centrum. Jakby z daleka dochodziło do uszu jedynie irytujące cykanie świerszczy.
Sasuke spojrzał na niebo. Słońca już nie było widać, jedynie koniec horyzontu jarzył się jeszcze rudą, gasnącą już łuną.  Uśmiechnął się sam do siebie i poszedł do domu. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, po przekroczeniu progu spowitego w ciemności pokoju, był zegarek.
22:31

***

Dwudziesta druga dwadzieścia dziewięć.
Dwudziesta druga trzydzieści.
Dwudziesta druga trzydzieści jeden.
Długowłosy chłopak wstał z fotela obitego szkarłatnym pluszem.
 - Itachi, skarbie, przeziębisz się! - Do jego uszu dobiegł świergot siedzącego na łóżku blondyna, patrzącego na jego bose stopy.
Huh?
 - Nie pamiętam, abym pozwalał Ci wejść. - Powiedział, lustrując intruza zimnym wzrokiem.
 - Ja też nie. Sam sobie pozwoliłem. - Wzruszył ramionami chłopak, z perfidnym uśmiechem na ustach.
 - Jesteś bezczel... - Zaczął Itachi, miażdżąc rozmówcę wzrokiem, jednak nie było dane mu skończyć.
 - Zanim dokończysz, spytaj się może najpierw po co tu jestem, a wtedy oceniaj, czy jestem bezczelny, czy nie. - Powiedział, wstając z łóżka. Popatrzył mu w oczy twardo.
 - Więc? Czego chce Twoja osoba w moim pokoju? - Zapytał, siląc się, nie wiadomo czemu, na jakiś miły ton. Nie chciał go wkurzać, choć bardzo miał na to ochotę, czuł jednak, że Dei ma mu coś do powiedzenia.
 - Sasori dojechał właśnie do Tokio.
Rozległ się cichy trzask otwieranych i zamykanych drzwi, a brunet został sam na sam w swoim pokoju i z cieniem radosnego uśmiechu na ustach.

wtorek, 30 lipca 2013

1. Pożegnanie.

No to lecimy z tym koksem...
Oddaję w wasze łapki rozdział pierwszy, choć można go potraktować jako prolog, nie bronię.
Za wszelakie błędy przepraszam, będę wdzięczna za wytknięcie mi ich.
Co prawda, rozdział ukazał się już na poprzednim blogu dawno, dawno temu, dlatego w tym tygodniu dodam drugi.
I proszę- nie patrzcie na grafikę bloga. Nie ma jej, po prostu. Wiem. Dopiero pracuję nad tym... Dziękuję z góry za wyrozumiałość , )




- Ale mamo... Mamo... Ja nie chcę! Chcę tutaj! Mamo!
Itachi od rana darł i tak obolałe struny głosowe, jednak niezbyt efektywnie. Nie zgadzał się na to! Ale co on tam może? Kto go słucha?
- Itachi, nie udawaj tępego. Jesteś bardzo mądry, a w takich warunkach nie dasz rady się rozwijać. Wiesz przecież – Powiedziała spokojnym głosem matka, pakując do walizki potrzebne rzeczy. Zdawała się skałą niewzruszoną przez nic.
Bo jak ich syn mógł się rozwijać, mając przy boku ciężar w postaci młodszego, głupiutkiego brata, który tylko przeszkadza?
- Boje się, mamusiu. Nie chcę. Chcę zostać. Proszę…
Itachi osunął się po otapetowanej ścianie w dół. Przegrał. Jutro, już nieodwołalnie, wylatuje do Londynu, do najlepszego gimnazjum prywatnego w całej Europie.
Bał się... To daleko... Daleko od domu, od rodziców, których tak kocha, od przyjaciół.. Od Sasuke.
Oni go tu zniszczą. Zrobią pranie mózgu. Sasuke był za mały, zbyt naiwny, zbyt kochał rodziców, aby poradzić sobie w tej chorej rodzinie.
- Nie marz się, synku. Jesteś już duży, nie ma czego się bać, zaopiekują się tam tobą, wszystko będzie dobrze. – Obiecała miłym tonem Mikoto, głaszcząc małego po orzechowych włoskach.
- Mamo.. Przylecę na wakacje ? Na święta ? Na ferie ? – zapytał z niemą nadzieję w głosie.
- Nie Itachi. Zostaniesz tam, do końca liceum. Nie będziesz miał czasu ani chęci by tu wracać. Zobaczysz, jak tam jest pęknie, Musisz tam być, musisz się wybić i dać nam powód do dumy. – ogłosiła tak przesłodzonym tonem, że młody Uchicha nawet nie dał do siebie dojść sensowi tych słów, wtulając się w matczyną bluzkę i wdychając jej słodki zapach. Jego malutki, choć już nieskromnie rozwinięty umysł nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że już nigdy w swoim dzieciństwie nie ujrzy swoich rodziców, a co najgorsze brata.

***
- Sasuke-chan. Gdzie jesteś ? – Zapytał Itachi wchodząc do pokoju malca, którego w środku jednak nie było. Rozejrzał się. Nigdzie go nie widział, słyszał jedynie cichy szloch, dochodzący z szafy.
Podszedł do niej i uchylił drzwi.
- Aniki.. – Usłyszał zapłakany ton malca i spojrzał w dół, na jego zasmarkaną twarzyczkę.
- Ja nie chcę byś wyjeżdżał! Zostań! Aniki! – Wyskomlał chowając buźkę w łapkach.
- Sasuke... Spokojnie. Nie płacz. – Kucnął przed nim i pogłaskał jego główkę. – Przylecę jak tylko będę mógł. – Szepnął.
- Ale mamusia mówiła... Że... Że ty już nie wrócisz. Że ja będę ci przeszkadzał. – rozpłakał się.
- Sasuke, nawet tak nie myśl. Jesteś moim braciszkiem. Jak mógłbyś mi przeszkadzać? Chodź tu... – wyciągnął ku niemu ramionka, by za chwilę pochwycić wątłe ciałko w czuły uścisk.
- Aniki, mogę dzisiaj spać z tobą ? – Zapytał cichutko pociągając noskiem. Otarł rękawem łezki z policzków. Nie może płakać, bo Itachi uzna go za małe dziecko! A przecież jest już duży, sięga do włącznika światła w łazience i nie musi stawać na stołku, by umyć ręce w umywalce.
- Możesz, możesz. – Uśmiechnął się do niego Itachi głaszcząc po główce.
Mały, biedny, głupiutki. Naiwny, kochający, ufny we wszystko. Jak sobie poradzi w tym świecie?
Z całych sił starał się zrozumieć, że to dla jego dobra. Że rodzice robią to z miłości do niego, że go kochają...
Jednak te argumenty nie chciały za bardzo wejść do jego serduszka. Czuł się krzywdzony, ale wiedział, że musi być posłuszny.
- Aniki, usiądź ze mną. – Z ponurych rozmyślań wyrwał go proszący głosik otouto. Pokiwał główką i przysiadł na dole szafy. Usadził się wygodnie i oparł główkę o ścianę mebla. Gdy młodszy zamknął drzwi, pociemniało, zapanował mrok. Rozległo się szuranie materiału o podłoże, a po chwili z małej, kwadratowej lampeczki wydobyło się nikłe, przyciemnione światło.
- Masz tu lampkę? – zapytał zdziwiony.
- Mmm.. Ale nie mów tatusiowi, bo mnie zbije. – Szepnął Sasuke.
Itachi pokiwał głową ze zrozumieniem. Znał ojca i jego skłonność agresji, w największym odniesieniu do najmłodszego członka rodziny.
- Itachi, kochasz mnie? – Z ust malucha wyszło pytanie, którego starszy się nie spodziewał.
- Co to za pytanie? – Powiedział niemile zdziwiony. – To oczywiste, że cię kocham. Jesteś moim małym otouto.. – Uśmiechnął się i pogłaskał go po główce.
- Bo mama mówiła że ty mnie już nie potrzebujesz, że zapomnisz o mnie, że jestem niegrzeczny i znajdziesz sobie lepszego otouto.. – szepnął. W jego wielkich oczkach widać było tylko niemą rozpacz. Taką, jaką widzi się tylko przy śmierci kogoś bliskiego.
- Ty jesteś moim jedynym braciszkiem, na zawsze. Nie słuchaj mamy. – szepnął i starł mu z policzka pojedynczą łzę. – Nie płacz, Sasuke. Kocham cię, najmocniej na świecie i to się nigdy nie zmieni. Obiecuję. – Szepnął.
Utulił do siebie jego lśniącą czernią główeczkę i głaskał po włoskach. Szczyt bezczelność mówić takie bzdury małemu dziecku. A może.. Może tak by było lepiej ? Aby Sasuke go znienawidził i wtedy...
Wtedy będzie mu łatwiej...? Mały, biedny Sasuke. Nie, Itachi, nie zrobisz mu tego.
W małym serduszku toczyła się właśnie wojna o miejsce na podium podpisanym „Dobra decyzja”, gdy coś, a raczej ktoś zdołał mu przerwać i wszystko odeszło w zapomnienie.
- Aniki, opowiesz mi bajkę ?
- Opowiem – odpowiedział z uśmiechem. – Ale postaraj się zasnąć.
Maluch pokiwał główką i oparł się o starszego, który oplótł go łapkami.
- O czym będzie bajka? – Zapytał zaciekawiony Sasuke odchylając główkę w tył i spoglądając na brata.
- O pewnym chłopcu, który strasznie kochał swojego braciszka. – powiedział gasząc lampkę na drewnianej ścianie szafy. Po chwili, gdy siedzieli już wygodnie, zaczął swoją opowieść.
- Dawno, dawno temu był sobie piękny kraj, nazywali go Konoha. Panował wtedy król, Sarutobi. Była tam pewna rodzina, klan, najsilniejszy w kraju. Kiedyś, kiedyś, była Wielka Wojna, pomiędzy klanem króla, a tą rodziną. Zginęło wielu ludzi, więc postanowiono podpisać pokój. Jednak teraz rodzina znów chciała być tak ważna jak przed Wielką Wojną, więc postanowiła rozpętać drugą. W tej rodzinie było pewne rodzeństwo. Tacy jak my, Sasuke. Dwaj bracia, jeden kilka lat starszy od drugiego. Ten starszy..
- Jak miał na imię ? – Przerwał Sasuke.
- Madara.
- A młodszy?
- Izuna.
Maluch pokiwał główką i słuchał dalej.
- No więc, Madara nie chciał już wojny, ponieważ jak był malutki, sam był na wojnie. Widział straszne rzeczy i nie chciał, by Izuna też je widział. Postanowił pójść do króla i powiedzieć o zasadzce. Król podziękował mu i poprosił, aby Madara szpiegował dla niego swoją rodzinę. Chłopak się zgodził, a po kilku dniach tata poprosił go by szpiegował króla dla rodziny. Madara nie miał wyjścia i musiał zostać podwójnym szpiegiem..
- Ile Madara miał lat? – Przerwało kolejne pytane młodszego.
- Trzynaście. – Odpowiedział spokojne i zabrał się do kontynuowania opowieści. – Minęło kilka lat, Madara stał się dorosły, teraz jego braciszek miał trzynaście lat. Wojna zbliżała się nieustannie, więc król zarządził że cały klan musi zostać zabity. – Powiedział poważnie. Nie wiedział jaka będzie reakcja Sasuke. Wyczuwając jedynie przyspieszony rytm serca, kontynuował. – Madara błagał króla, aby jego otouto mógł żyć. Król się zgodził. Wiedział jak bardzo bracia się kochają. Madara musiał wykonać rozkaz, zamordował cały klan, a potem uciekł z wioski, jako szpieg złej mafii i wszyscy go znienawidzili. Tak samo mały Izuna, który widział jak Madara zabija rodziców. Madara zrobił wszystko, aby Izuna przestał go kochać. Dzięki pewnej mocy, Tsukuyomi, pokazał małemu to wszystko...
Po tych słowach zatrzymał się na chwilę i wsłuchał w ciszę. Skąd ta okropna opowieść? Czemu mu ją mówi? Tak, wie dlaczego. Po to, aby Sasuke zadał to okropne pytane. By sam przed sobą wyspowiadać się z tej nędznej odpowiedzi.
- Co było dalej? – Zapytał cicho Sasuke. Czuć było, że rozumie. No tak, nie jest tępy jak reszta dzieciaków w jego wieku, myśląca, że każdy człowiek ma kilka żyć, jak w cholernej grze komputerowej.
Nie. Sasuke, jego mały braciszek, wie dokładnie co to śmierć. Jest taki dojrzały. Czemu? Cholerny ojciec. Zniszczone dzieciństwo. Po co te wszystkie książki na półkach? Powinien czytać Harry’ego Pottera, lub inne, równie beznadziejne książki, a nie „Encyklopedię powszechną” czy „Teorię ewolucji.”. Sasuke, teraz mnie nie będzie. Będziesz miał czas by przejść przez swoje dzieciństwo.
- Madara zachorował. Bardzo, nieuleczalnie. Śmiertelnie. Wiedział, że umrze, więc chciał jeszcze raz spotkać się z Izuną. Miał świadomość, że jego otouto od kilku lat go szuka i chce go zabić, dlatego postanowił, że da mu się pokonać. Pewnego dnia spotkali się, i Madara umarł. Izuna myślał, że go zabił, ale Madara umarł przez chorobę. Kilka dni później, szef mafii spotkał Izunę i opowiedział mu, o tym jak Madara go kochał. Izuna był strasznie zły, postanowił, że zniszczy cały kraj... Chciał się zemścić, znowu. I tak zniszczył się sam. Umarł, w Drugiej Wielkiej Wojnie, którą sam rozpętał, ale wygrał.
Wioska upadła, król umarł. Widzisz Sasuke, czasem jest tak, że dla tego co jest dla nas ważne, potrafimy nawet oddać życie, nie tylko swoje. – Powiedział na koniec.
-A ty byś dla mnie zabił? – Zapytał Sasuke.
W końcu.. W końcu padło to pytanie.. Tyle nad tym myślał.. Co teraz odpowie? Od dawna chciał się przekonać..
- Tak, Sasuke. – Odpowiedź sama wylała się z jego ust. Nawet się nie zastanawiał. To sprawiło mu taką radość.. Czemu? Nie mógł tego pojąć. Ale teraz był na sto procent przekonany, że dla Sasuke jest w stanie zrobić wszystko.
- Co to znaczy zabić? – zapytał cicho mały. - Te całe formułki z książek... Co to? „Pozbawić kogoś życia”, ” Zamordować”, ” Popełnić samobójstwo”. Co to wszystko znaczy? Jak można pozbawić życia? Nie „W jaki sposób?”, tylko „Jak?”.
-Nie myśl o tym, Sasuke. Jesteśmy zbyt mali na takie głupoty. To są sprawy dorosłych.
Młodszy pokiwał głową. Skoro Itachi tak mówi, oznacza to że jest prawdą.
-Chodź, Sasuke, pójdziemy spać. – Powiedział i otworzył drzwi od szafy. Ciekawe, jak mógł nigdy nie połapać się, że Sasuke chowa się w takim miejscu? Eh. To i tak już mu nie potrzebne.
Wyszli z szafy i poszli do pomalowanego na jasną zieleń pokoju starszego z rodzeństwa. Sasuke zdjął spodenki, w których latał na co dzień po domu i wślizgnął się pod kołdrę swojego kochanego aniki. To samo zrobił Itachi, klapnął obok i dał dla małego wtulić się w swoje trzynastoletnie ciałko. Zasnął, słysząc miarowy oddech Sasuke, oznaczający, że młodszy dał już się porwać ciepłym ramionom zdradzieckiego snu.
Nastał nieszczęsny, następny dzień. Rodzice zdawali się zapomnieć o tym wszystkim, jednak dzieci od rana przeżywały następstwa dzisiejszego dnia.
Jak wielką krzywdę można wyrządzić własnym dzieciom? Gdzie podziała się wszechpożądana sprawiedliwość?
-Aniki… Już jedziemy… – Szepnął Sasuke wychylając kruczo-czarną główkę przez uchylone drzwi.
Itachi pokiwał głową z uśmiechem. Z całych sił starał się, aby wygięta w górę podkówka nie znikła z jego twarzy, mimo ze łzy nie chciały przestać ciec.
-Itachi, nie płacz. Nie płacz, nie płacz, nie płacz. – Szepnął mały podchodząc do brata i wycierając mu kościstymi paluszkami słone krople z policzków. – Przecież sam powiedziałeś, że niedługo przylecisz, że się zobaczymy! – uśmiechnął się cudownie.
-Wiem, Sasuke, wiem. – Skłamał i jakimś cudem przemógł łzy. Popatrzył młodszemu w oczka i pogłaskał jego różowiutki policzek.
Czemu ten maluch go pociesza? Przecież powinno być na odwrót..
-Napiszesz mi list? – Zapytał cicho wtulając się w jego koszulkę z nadrukiem wachlarza. O słodka ironio!
-Obiecuję. – Szepnął i potargał mu włoski pieszczotliwie. – A teraz chodźmy, bo rodzice będą źli.
Sasuke pokiwał głową i pociągnął Itachiego za łapkę, wyciągając z pokoju, w którym zostały już same meble.
- Chodźmy. – Powiedział starszy, ostatni raz spoglądając na jasno-zielony pokoik, który wcześniej należał do niego i zamknął drzwi.
Podróż ze schodów na dół była chyba najdłuższa w jego życiu. Wydawała się ciągnąć… Ciągnąć… I tak ciągle ciągnąć w nieskończoność…
Przy każdym schodku towarzyszyło mu to przedziwne uczucie, ze zaraz stopa mu się skręci, z spadnie na sam dół, skręci sobie kark, nogę lub się zabije. Może to nawet i lepiej. Dla niego.
Ale nie jest tu sam.
Ponad wszystko musiał uważać, aby tej maleńkiej istotce, która tak ufnie patrzyła teraz na niego, ze smutnym uśmiechem na pucatej buźce, ściskając jego rękę z całej dziecięcej siły. Aby tej kochanej istotce nic się nie stało. To było dla niego najważniejsze. Sasuke.
Nie mógł przecież myśleć tylko o sobie, narażać go na cokolwiek złego.
Jak przez mgłę pamiętał, jak wsiadali do samochodu, jak zapinał pasy dla Sasuke.
Czuł wtulone w siebie, chłodne ciałko otouto. Czemu jest taki chłodny? Czemu dopiero teraz się nad tym zastanawia? Ten dziwny chłód skóry, który sprawia że w każdej chwili może przypomnieć sobie dotyk małego braciszka.
-Itachi! Itachi! Aniki! – Usłyszał ciche wołanie przy swoim uchu. Czuł wszystkie emocje w tym głosie, mógł je spokojnie wszystkie nazwać. Ból, smutek, podekscytowanie, żal, strach. Otworzył swoje ciemno-oliwkowe oczka i spojrzał na braciszka.
-Słucham? – Zapytał, tak samo cicho, zauważając, że jego głos drży identycznymi emocjami.
- Kocham cię. Bardzo cię kocham, aniki. – Poczuł jak Sasuke przyciska główkę do jego niebieskiej koszulki, zostawiając dwa, małe, mokre ślady. Płacze...-Nie bój się, Itachi. Ja będę na ciebie czekał. Będę bardzo tęsknić, braciszku. Bardzo cię kocham. Mama i tata będą z ciebie bardzo dumni. Ja też. – uśmiechnął się do niego najpiękniej jak potrafił. Tak bardzo pragnie, by Itachi się też uśmiechnął. Aby już nie płakał... Chciał tak bardzo dodać mu otuchy...
-Ja też będę tęsknił, Sasuke. – Szepnął głaszcząc jego aksamitne włoski. Więcej nie był w stanie wykrztusić.

***

-Sasuke, pamiętaj o mnie.
-Nie zapomnę, obiecuję.
-Kocham cię, otouto.
-Ja ciebie też kocham, aniki.
Takie ciche szepty rozległy się, nim Itachi zniknął w wielkim samolocie.