wtorek, 5 maja 2015

22. Titanic.

No, coś ostatnio ucichliście... Dzielnie walczyliście o trzeci rozdział Dzieci Podziemia, a pod nim tak cicho... Statystyki też mnie przerażają. Zazwyczaj po 50, czasami 100 odwiedzin dziennie, a teraz... 16? Nie no, serio?
Pisać i tak będę, nawet, jak mnie olejecie, ale trochę mi przykro.
Może nie podoba Wam się mój styl, przebieg wydarzeń, może nie opisuję tego zbyt ciekawie, albo wstawiam za rzadko, ale nic na to nie poradzę. Staram się. Już nawet przestałam starać się dla własnej przyjemności, robię to dla Was. A słyszę ciszę...




Blaszane drzwi zamknęły się z hukiem, zabierając tym samym chłopcom dopływ słonecznego światła. Nic, łącznie z ich zrozpaczonym wzrokiem, przepełnionym ostatnimi podrygami bezsensownej nadziei, nie było w stanie wpłynąć na jego decyzję, którą podjął wychodząc z samochodu. Miał cel- cel, do którego musiał utorować sobie drogę mimo wszystko. Może i nie był przykładnym czarnym charakterem, i nie przychodziło mu to z nadzwyczajną łatwością, jednak od czego w końcu są studia aktorskie? Jakoś musiał sobie radzić.
                Podszedł do czarnego auta ulokowanego w pobliżu hangaru i oparł się o niego plecami, wsuwając dłonie w kieszenie szarej, ocieplanej bluzy, równocześnie starając się zachować jak największą odległość od stojącego obok Nagato, który nie poruszył się nawet o milimetr, nie obrzucił go nawet najbardziej jadowitym spojrzeniem, ani nie wymówił w jego stronę żadnego kąśliwego słowa. Nie, żeby napawało go to przejmującym smutkiem- wolał ograniczać kontakty z rudym do minimum. Przebywanie w jego obecności i tak mocno wykraczało poza wytyczoną granicę.
                Po kilku minutach, wydawać by się mogło, bezcelowego czekania, na wyjeżdżony plac przed blaszakiem podjechało niskie, srebrne BMW z przyciemnianymi szybami i równie niskim pasażerem w środku. Mężczyzna miał na sobie czarny garnitur z mankietami wystającymi na idealne trzy centymetry, ciemne okulary przeciwsłoneczne przysłaniające oczy i wypastowane , lakierowane pantofle, lśniące prawie tak mocno jak zęby ukazane w gwiazdorskim uśmiechu. Wyglądał całkowicie niegroźnie i bezbronnie, dopóki po obu jego stronach nie stanęło dwóch, wielkich jak amerykańskie sekwoje ochroniarzy.
 - Gdzie mój towar, Nagato?
Sasuke przygryzł nerwowo bladą wargę, wbijając zimny wzrok w gacha, chcąc zabić go za te słowa samym tylko spojrzeniem. W odpowiedzi dostał jednak jeszcze bardziej sztuczny uśmiech, co szybko wyprowadziłoby go z równowagi, gdyby nie obraz, który cisnął mu się przed oczy. Już jakiś czas temu zrozumiał, po co jest ta cała szopka i jak zakończy się ta opowieść, mimo to, taki zwrot w stronę ludzi napawał go obrzydzeniem. Przez jego głowę szybko przemknęła myśl, że jedyne, co w tym gościu nie jest zepsute, to uśmiech- chociaż powątpiewał, by proste i olśniewająco białe zęby u czterdziestoletniego faceta, jarającego zapewne cygaro za cygarem, bo papierosy to przecież nie ta klasa, były naturalne.
                Rudowłosy uniósł w jego stronę rękę, podając mu dwa długie pasy czarnego płótna. Złapał je, posyłając mu przy tym pytające spojrzenie, jednak w odpowiedzi nie dostał nawet skinienie głową. Z westchnieniem rezygnacji cisnącym się na usta, ruszył z powrotem w kierunku blaszanego budynku za nimi. Otworzywszy drzwi ponownie wpuścił do środka odrobinę światła, które padło na blade ze strachu twarze obu braci.
 - Co my ci zrobiliśmy? – zapytał jeden z nich, ten, który obejmował, a nie był obejmowany. Jego mina upewniła Sasuke w fakcie, że był doskonale zorientowany w sytuacji, jednak okłamywał nawet samego siebie dla dobra trzymanego w ramionach brata, który miał wrażenie- zemdleje na jego oczach.
W odpowiedzi wzruszył tylko ramionami, podchodząc do nich powoli. Stanął naprzeciw i na chwilę spojrzał w dwie, jasnozielone pary identycznych oczu, doszukując się w nich jakiejkolwiek różnicy. I znalazł. Lewe oko bardziej wygadanego chłopaka miało lekko opadającą powiekę, przez co wydawało się, że jest bardziej smutne od prawego. Powstrzymał mimowolny uśmiech, bo w tej sytuacji był on co najmniej niepożądany.
                Próba ciągnięcia jakiejkolwiek rozmowy była bezsensowna, więc nie odpowiadał na żadne pytania, które padały z ust rudych bliźniąt. Nie mógł ich pocieszyć, zapewnić o bezpieczeństwie czy nawet wyjaśnić całej tej farsy, o której sam mógł snuć tylko bardziej lub mniej trafne domysły. Nie mógł też ich uratować, choć gdyby miał taką możliwość, wypuściłby ich bez mrugnięcia okiem.
Żaden z chłopców nie stawiał oporu. Czy byli już pogodzeni z tym, co ich czeka? Czy można pogodzić się z czymś, o czym nie ma się żadnego pojęcia? Powoli zaczynał rozumieć zachowanie i zakazy Itachiego… Wiedza o nich, ich imiona, historia i przyszłość… Gdyby dowiedział się tego wszystkiego, gdyby pozwolił im zawładnąć swoimi uczuciami, współczuciem i litością… Możliwość wypełnienia tego zadania spadłaby drastycznie aż do samego zera. Czy gdyby wiedział dokładnie, co się z nimi stanie, potrafiłby respektować i mieć na uwadze tylko i wyłącznie swój cel i swoją przyszłość?
 - Proszę. Daj nam chociaż chwilę. – tuż przy wejściu rodzeństwo zatrzymało się, patrząc na niego swoimi szczenięcymi oczyma, które zdążył znienawidzić. Zieleń jarzyła się dodatkowym, powoli dogasającym ogniem nadziei, przez co jego serce zmiękło i skinął głową z rezygnacją. Musi być twardszy… Ale dlaczego miałby się nie zgodzić? Nawet skazańcom pozwalają wypowiedzieć swoje ostatnie słowa przed egzekucją. Odsunął się kilka kroków i oparł o zimną ścianę, starając się nie przysłuchiwać rozmowie, co w idealnej ciszy panującej w ogromnym pomieszczeniu było co najmniej trudne.
 - Lillay… - imię bardziej wystraszonego z braci rozbrzmiało w jego uszach echem. Mimo usilnych prób, nie udało mu się wyrzucić go z pamięci. – Przepraszam. Obiecuję, jakoś nas z tego wyciągnę, nie bój się…
Czarnowłosy obrócił na chwilę głowę, skuszony ciekawością, i spojrzał na braci. Stali bardzo blisko siebie… stanowczo za blisko. Jeżeli miałby powody do analizowania tej sytuacji, mógłby pokusić się o stwierdzenie, że łączą ich nie tylko więzy krwi, jednak takowych powodów nie miał, więc nie przywiązał do  tej myśli większej wagi. Nie musiał być detektywem, aby orientować się w odległościach świadczących o relacjach między ludźmi, ale  w tej sytuacji… Po wszystkich wydarzeniach z ostatnich dni jego mózg był skłonny do tego typu podejrzeń, z resztą, czy w sytuacji, w której znaleźli się bracia, myśli się o takich szczegółach jak odstęp co najmniej trzydzieści centymetrów?
Z rozmyśleń wyrwał go widok, który zwykłego człowieka przyprawiłby o mieszane, a może i nawet negatywne uczucia, na nim jednak nie zrobił większego wrażenia. Obserwował krótki, jednak pełen emocji pocałunek, który nie był w żadnym wypadku jednym z tych podniecających, ani chociaż zapierających dech w piersiach. Nie było w nim pożądania, drżeń ciał, ognia, ani nic, co mogło by wywołać cokolwiek więcej niż chwilową przerwę w dostarczaniu tlenu do płuc. Zamiast tego w krótkim przejawie uczuć między dwojgiem ludzi dostrzec można było przeraźliwy strach, istotę czystej rozpaczy, przeczucie rychłej rozłąki  i próbę wzajemnego, bezsensownego pocieszenia. Zabolało… Zabolało go coś w środku, pod żebrami, w okolicach lewego płuca. Co by się stało, gdyby teraz oni, on i Itachi zostali postawieni w takiej sytuacji?
 Przecież doskonale o tym wiedział. Doskonale wiedział, jak to smakuje, jak boli, jak krzywdzi. Przeżył to… Przeżył to i wiedział, że nie może popełnić żadnego błędu.
 - Musimy już iść. – powiedział nagle, podchodząc do nich. Odsunęli się od siebie, nie puszczając jednak swoich rąk. Nie rozdzielał ich. Zawiązał im oczy i bez zbędnych słów wyprowadził na zewnątrz, pozwalając na to, aby w ich identyczne ciała wbiły się ostre sople czterech spojrzeń. Dał radę. Tylko to teraz się liczyło. Bez głębszych rozmyślań prowadził ich w stronę rudowłosego mężczyzny, którego twarz po raz pierwszy, odkąd dzisiaj ją ujrzał, wyrażała jakieś emocje- zniecierpliwienie. Świadczyła o tym mała zmarszczka między brwiami, którą dostrzegł już z daleka.
 - Ty też kochasz.
Nie wiedział dlaczego te słowa zrobiły na nim takie wrażenie. Zatrzymał się nagle i obejrzał do tyłu, jakby chciał sprawdzić, czy zamknął drzwi wychodząc z domu. Domu jednak nie zobaczył; jedyne, co napotkał jego wzrok do dwie głowy z przewiązanymi oczami czarną szmatą. Milcząc ruszył znów w przód, czując na sobie ponaglające spojrzenie rudowłosego, znienawidzonego mężczyzny.
                Kocha… Kiedy ostatni raz szczerze wypowiedział te słowa, nie żałując później tego, co zrobił? Odpowiedź była tak oczywista, że nie musiał nawet nad nią myśleć. Dwanaście lat temu.  Ale teraz… Czy mógł mówić o kochaniu? Tęsknił, pragnął, cierpiał i pożądał… Nigdy nie powiązałby tych uczuć z miłością. Nigdy nawet nie myślał o nich w tej samej kategorii, co o niej, a może i w ogóle nigdy o niej nie myślał. Dopiero teraz, w chwili, kiedy ktoś powiedział to za niego, kiedy usłyszał ten wyrok z innych ust…
Nie odpowiedział.
 - Zaprowadź ich do niego. – Nagato po raz pierwszy tego dnia cokolwiek do niego wyrzekł. Dopiero jego działający na nerwy głos zdołał oderwać go od natłoku myśli. – Zanim oddasz, masz wziąć kasę. – z jego ust nie padło ani jedno słowo więcej i wcale nie zbierało się na to, aby miało to ulec zmianie, więc młody Uchiha wedle polecenia skierował się w stronę srebrnego samochodu.
Ochroniarze podeszli bliżej, jednak on zatrzymał się i zmierzył ich wzrokiem, tym samym, jakim góra lodowa patrzyła na RMS Titanic w 1912 roku. Czyż nie piękne porównanie? Teraz to on ma być tą górą, która zatopi nadzieję ludzi na jakąkolwiek przyszłość. Dwojga ludzi. Bliźniąt. Kochanków. Czyż to nie romantyczne?
 - Najpierw kasa.
Nie chciał wyciągać spod bluzy pistoletu, jednak stojąc tak przed dwoma wielkimi kupami kamiennych mięśni miał ochotę po prostu spierdolić. Nie uśmiechało mu się być uderzonym choć raz przez któregokolwiek z nich; straciłby Wedy zęby szybciej, niż przesylabizował by słowo „nie”. Ku jego uldze jednak jeden goryl poruszył się nie po to, aby pozbawić go uzębienia, a wyciągnąć w jego stronę czarną, skórzaną walizkę.  Nie musiał jej otwierać, aby wiedzieć, co znajduje się w środku. I nie był pewny, czy chciał wiedzieć, w jakiej ilości to coś jest tam złożone.
Wyciągnął dłoń i złapał ją, ważąc w ręku. Była ciężka, choć zdawało mu się, że więcej waży ona sama wraz ze stalowymi zasuwami na szyfr, niż nic nie warty papier znajdujący się w środku. Chociaż… Czy taki nic nie warty? W końcu właśnie ten papier został wymieniony za wolność dwóch rudych dzieciaków mdlejących z nerwów tuż za nim. Bał się odwrócić. Nie miał po prostu, do cholery, odwagi, aby na niech spojrzeć. Nawet jeżeli potrafią zrozumieć jego decyzję, jego brak serca i jakiejkolwiek wrażliwości, nigdy nie będą w stanie pojąć, dlaczego właśnie oni musieli się tu znaleźć. I nigdy nie będą w stanie wybaczyć, nie ważne, jak długo jeszcze będą żyć. Nie chciał już o tym myśleć. Wystarczyło mu, że mimo czarnego materiału przesłaniającego im oczy, czuł na sobie ich wzrok.

Spojrzał nienawistnie na obu facetów, po czym skinął głową. Obie góry ruszyły się, przechodząc za niego. Nie miał sił, aby spojrzeć za siebie i zobaczyć, co stało się z bliźniakami. Kiedy przechodzili obok, prowadzeni przez ochroniarzy kolesia w eleganckim garniturku, przymknął oczy i obrócił się, po czym ruszył w stronę Nagato. Był już, kurwa, zmęczony

***
 - Sasuke…
Uciszyła go dłoń uniesiona w górę w geście zamilczenia, pod groźbą strzelenia w pysk.
Rozumiał.
Nie odpalał silnika, czekając na kolejną reakcję. Krzyk? Płacz? Wściekłość? Nie sądził. Sasuke był na tyle chłodnym człowiekiem, że nawet najcięższe uczucia zdawały się z wielkim trudem wstępować na idealnie wyrzeźbioną twarz. Nie takiego go zapamiętał, jednak ten czas, w którym było mu dane poznać go na nowo, był wystarczający, aby doszedł do tak oczywistych wniosków.
Nie ruszał się, domyślając się, że jakikolwiek gwałtowny ruch morze wywołać szybkie odtrącenie ze strony brata. Przecież nie chciał, aby się przed nim zamknął. Znaczy, zamknął jeszcze bardziej, niż zdołał to zrobić dotychczas.
                 Z samochodu mógł dostrzec wszystko, co działo się na placu i  choć nie miał podsłuchu, aby móc także słyszeć wszystkie słowa, był pewny, że między nimi- Sasuke i dwójką rodzeństwa- padły słowa, które nie powinny paść. Nie licząc już faktu, że między nimi nie powinny paść żadne słowa.
Po kilku długich chwilach bezczynnego czekania, kiedy ostatni samochód opuścił już teren transakcji, włożył w końcu kluczyki do stacyjki. Czekanie nie miało większego sensu. Rozmowa nie miała go tym bardziej, plus dodatkowo mogła wnieść niepożądane skutki. Jakikolwiek dotyk czy próba okazania czułości mogły się skończyć rozlewem krwi lub izolacją. Nie chciał pogarszać sytuacji. Teraz Sasuke chociaż bez słowa siedział obok i nie próbował uciec, zwalać na niego winy za całe zło na pieprzonym świecie i…
 - Jak Ty to robisz?
Pierwsze słowa padły wraz z pierwszymi dźwiękami włączanego silnika. Szybciej, niż mógł się spodziewać.
 - Tak samo jak Ty. – wzruszył ramionami, cofając. Lewa ręka zadrżała lekko, przez co prawie otarł się o drzewo. Przeklął cicho i zawrócił, wjeżdżając z powrotem na leśną dróżkę. Spodziewał się tego pytania… W sumie nie było nic nadzwyczajnego w tym, że padło jako pierwsze; że w ogóle padło. Każdy normalny człowiek o zdrowych zmysłach, ludzkim rozsądku i z odrobiną uczuć zapytałby na jego miejscu o to samo: „Dlaczego robisz tak okropne rzeczy? Kim jesteś, do cholery, że stać cię na zrobienie takiego świństwa?”.
  - A skąd niby wiesz, jak ja to zrobiłem? – szyderczy ton brata przepełniony gadzim jadem spływał po jego sercu jak słodycz. Potrzebował tego. Po tym wszystkim co zrobił, po całym świństwie, w którym staplał tylu ludzi, potrzebował słów nagany. Uświadomienia, jakim jest zerem. Jakim zerem stał się po to, by móc jeszcze choć raz się z nim spotkać. I jak wielką świnią jest, że z tego powodu zmusił go do zostania taką samą świnią jak on.
 - To chyba oczywiste. – zaśmiał się, nie za bardzo wiedząc, skąd brał siły na śmiech w tej sytuacji. Był większym zerem niż myślał… ale to nie przeszkadzało mu w dalszym pragnieniu szczęścia. – Zrobiłeś to, bo nie chciałeś znów mnie stracić. – powiedział, uśmiechając się do siebie kretyńsko. Wypowiedzenie tych narcystycznych słów sprawiało mu nieludzką rozkosz. – A ja robiłem to przez pięć lat, aby Cię odzyskać.