poniedziałek, 30 grudnia 2013

8. Marzenie


Hej ludziska... Wiem, wiem, wiem, krzyczcie na mnie. Mama zabrała mi tablet w akcie zemsty i nie miałam jak dodać opka. A było gotowe już dwudziestego drugiego! Myślałam, że po prostu się tam zwinę. No to proszę, takie cacko przed sylwestrem, aby nie było Wam smutno. W nagrodę za tak długie czekanie, opo ma więcej znaczków niż zwykle, taki suprajs.

Komórka ponownie wylądowała w kieszeni jego spodni, kiedy tylko wiadomość o treści "Nie wracam dzisiaj na noc" została dostarczona do osoby, wpisanej w pamięć telefonu jako "Mama".
 - Przykro mi, jednak jest zakaz używania telefonów komórkowych na pokładzie samolotu. - Oznajmiła jakaś blondyneczka jadowitym tonem. "A myślałem, że to rude jest wredne..." Przemknęło mu przez myśl, patrząc na nią znudzonym wzrokiem.
 - Przecież odłożyłem. - Powiedział.
 - Proszę więcej jej nie używać. - Rzuciła i odeszła.
Jakby go to obchodziło... Spojrzał na Itachi'ego z kapryśnym uśmiechem.
 - Miłego lotu. - Usłyszał, po czym wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, niczym smarkacz.
Tak... Jest idiotą.

***

Jak to się stało, że znalazł się na pokładzie samolotu? Nic prostszego. Wystarczyło, że Itachi poprosił, a ten poleciał za nim jak debil. No dobra. Nie za nim. Z nim.
Ale co poradzić? Po mimo swoich dwudziestu lat, zamiast zastanawiać się, jak każdy przyzwoity Japończyk, co będzie jutro, ten zacieszał się jak szczeniak na myśl, że w końcu go odnalazł. W końcu znalazł swojego brata.
Spojrzał na okno. Właśnie odlatywali. Pas startowy poruszał się za oknem coraz szybciej, aby po chwili zacząć się zmniejszać, gdy znaleźli się już w powietrzu. Nigdy nie opuszczał Japonii...
 - Chciałbym Ci pokazać wiele rzeczy... Ale najpierw priorytety. Muszę Cię przedstawić kilku osobom.
 - Jakim? - Zapytał. Itachi wspominał coś wcześniej o jakiejś grupie, ale na pytanie, o kogo chodzi, odpowiedział najprostszym "Później.". Teraz mają dużo czasu... Musi mu powiedzieć!
 - Dwie z nich pewnie znasz, Sasoriego i Deidarę.
 - Deidara... Nie przypominam sobie...
 - Pół roku temu wywalili go z Twojej uczelni... Wysadził klasę w powietrze.
 - Inaru! - Poprawił go Sasuke. - Inaru wysadził klasę.
 - A... No tak, fakt. Inaru. - Poprawił się szybko Itachi.
 - Z tego co wiem, to rozpłyną się w powietrzu. Próbowali go złapać i oskarżyć o ciężki uszczerbek na zdrowiu jednego z uczniów. Co on tam robi? - Zapytał zdziwiony. - Chyba go nie ukrywacie! - Dodał po chwili.
 - Słuchaj, Sasuke... Dowiesz się wszystkiego później, teraz nie zadawaj pytań. - Poprosił Itachi, patrząc na fotel przed sobą.
- Powiedz, o co chodzi? Jak już zacząłeś, to dokończ. - Postawił na swoim krótkowłosy, wbijając wzrok w brata. Nie no... On chyba sobie jaja robi!
 - Sasuke, proszę. Zaufaj mi. Obiecuję, że jak dolecimy, to się dowiesz. - Powiedział Itachi, lekko się do niego uśmiechając. Sasuke westchnął.
 - Ok. - Powiedział i bez zbędnych kazań oparł się wygodnie o oparcie fotela.
Przesiedział tak prawie całą podróż, bez skutku usiłując zasnąć. Zegarek nad drzwiami do kabiny pilotów wskazywał godzinę 22:35. Czyli lecą już ponad cztery godziny.

***

Lotnisko w Londynie było duże. W sumie, nie wiedział, jakie są lotniska. Widział fotografie, ale dzisiaj, czy raczej wczoraj, bo sam nie orientował się już w zmianie czasu, był na nim pierwszy i drugi raz w życiu.
 - Gdzie tak w ogóle jesteśmy? I w sumie... Nawet się nie spytałem, po co mnie tu zaciągnąłeś. - Powiedział, sam sobie dziwiąc się, jaki to jest szybko myślący i rezolutny. Normalnie, pogratulować.
 - Wiesz... W tej grupie, o której Ci mówiłem, są pewne zasady. I po prostu lider miał taki kaprys, by Cię poznać. - Odparł Itachi, patrząc na młodszego brata.
 - A jeżeli ja będę miał taki kaprys, że nie chcę go poznać? - Postawił się i oparł o ścianę, gdy długowłosy zamierzał ruszyć z miejsca. O nie, nie, nie... W końcu nie jest dzieciakiem, nie da sobą rządzić, dla jakiegoś wyimaginowanego lidera, jakiejś wyimaginowanej grupie przestępczej, terrorystycznej, czy innego dziadostwa. Bo nie za bardzo dawał wiarę, by zajmowali się pleceniem koszyków i innych pierdół.
 - Sasuke, proszę... Nie rób problemów i chodź. - Powiedział Itachi, nie wkładając w ton ani krztyny rozkazu, jedynie prośbę.
 - Nie. - Dostał odpowiedź, a krew nieznacznie przyśpieszyła mu w żyłach, widząc kątem oka znajomą blond-czuprynę.
 - Sasuke, widzisz Inaru? Stoi jakieś pięćdziesiąt metrów stąd, na północ. Obserwuje nas i jeżeli będą problemy, to nas udupi. Więc proszę, nie rób scen i nie wywołuj problemów. - Powiedział Itachi, wciskając w głos całą siłę perswazji, jaką dysponował.
 - Czemu niby ma nas obserwować? - Zapytał Sasuke, nadal stojąc pod ścianą, zmuszając Itachiego, aby sam podszedł.
 - Bo na przykład... Mogą się pojawić problemy, gdy nie zaczniesz współpracować? - Powiedział wnikliwie starszy, patrząc mu w oczy. - Więc proszę, nie rób głupot. To nie jest klub z piaskownicy, tylko praca. I nikt nie chce kłopotów. - Wytłumaczył.
 - Co to kurde... Jakaś mafia? Tajne przez poufne? O czym Ty gadasz?
Już zaczął się normalnie w tym gubić. O co kurna chodzi? Czemu nic mu nie mówi? Jaki lider, jaka grupa, jak do cholery... Po co on w ogóle tu z nim przyleciał?
 - Masz mi w tej chwili zarezerwować lot do Japonii. Mam dość. - Rzucił, ostro wkurzony. Bez rozgadywania się, odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę najbliższych siedzeń, po czym posadził na jednym z nich swoje szanowne cztery litery.
 - Masz rację. Olej go. - Powiedział  Inaru, siadając obok. Jego bujna kitka na czubku głowy majtała się w prawo i w lewo, doprowadzając do szału.
 - Sory, nie znamy się. - Powiedział i wstał. Nie odszedł za daleko, gdy poczuł na dłoni coś nieprzyjemnego. Uniósł ją, by się jej przyjrzeć, ale zamiast bąbla po ugryzieniu muchy, komara, czy innej pierdoły, ujżał długą na całą szerokość ręki kreskę, z której po chwili zaczęła się sączyć jasno-czerwona krew. Spojżał wzrokiem typu "Jestem debilem, wytłumacz, o co chodzi." na chłopaka. Że jak?
Blondyn pomachał mu z dziwnym długopisem dłoni, z którego czubka wystawało cienkie jak brzytwa ostrze. Kolejne: Że jak?
Przeniósł wzrok na Itachi'ego, który stał na miejscu, w którym jeszcze dwie minuty temu stali obaj, niewzruszony, opierając się o ścianę. Jedyne, co ratowało go przed spotęgowaniem gniewu swojego młodszego brata, to przepraszający wzrok, którym się w niego wpatrywał.
 - No, to może teraz zechcesz współpracować, panie Uchiha? Bo oboje będziecie mieć przejebane. - Wyświergotał z uśmiechem blondyn, podchodząc do niego. Jak nie trudno się domyślić, Sasuke został ponaglony do marszu, przyłożonym prosto jak w mordę Tuskowi, do kręgosłupa, "długopisem".
 - W co ty mnie wpakowałeś, idioto? - Zapytał, gdy tylko znów znalazł się blisko starszego brata. - W co, do cholery?
Przetarł wierzch lewej ręki o spodnie, usiłując zetrzeć krew. Piekło cholerstwo, niemiłosiernie, ale starał się nie myśleć o tej jakże miłej niespodziance od nieznajomego.
 - Spełnił Twoje zasrane marzenie. A teraz koniec pogaduszek. Idziemy do samochodu.- Rzucił ozięble, jak na tak słodką dziewczynkę, blondyn i ruszył przodem, najzwyczajniej w świecie uważając, że nie ma co więcej straszyć najmłodszego Uchihę. I miał rację, bo brunet jak nigdy, ulegle ruszył z nim, z podniesioną głową.

***
 Sasuke rozejżał się po wnętrzu luksusowego samochodu, do którego wsiedli. Siedzenia obite najgładszą i najczarniejszą skórą, na której kiedykolwiek siedział, nie mogły wyłapać ani jednego promienia nikłego, londyjskiego słońca, przez przyciemniane szyby.
Gdy znudziło mu się podziwianie siedzeń, wlepił wzrok w obraz za oknami. Domek, domek, sklep, domek, domek, o, kolejny domek. I jeszcze jeden. Oh, drzewko. I domek...
 - Konan kazała Ci to dać. - Usłyszał i aż zamrugał czarnymi oczętami. Deża wi, czy co?
Spojrzał na blondyna, któremu, jak wywnioskował z rozmowy z kierowcą, chociaż nie było mu dane go ujrzeć, na imię Deidara, a nie Inaru. Czyli Itachi mówił prawdę. Jednak ta informacja tylko jeszcze bardziej namotała mu w głowie. Trzymał w ręku origami, tym razem w kształcie  jakiegoś kwiatka. No co... Ikebana nie jest jego najmocniejszą stroną, chyba ma prawo nie wiedzieć, jak to papierowe cudeńko się nazywa?
Zaczął od razu szukać napisu, aż wreszcie zobaczył lekkie przebicie czarnego tuszu na jednym z płatków. Korzystając z okazji, że Itachi rozmawia, a raczej kłóci się z drugim z pasażerów, po angielsku rzecz jasna, jakby kurna był ułomny i nie rozumiał, ("Heloł, ludzie! Mam dwadzieścia lat, angielskiego uczę się od czasu zanim poszedłem do przedszkola...") odgiął lekko płatek i znów ujrzał filigranowe, delikatne pismo.
"Jak wielka jest siła marzeń?"
To pytanie kompletnie zbiło go z tropu. Siła marzeń? Popatrzył na kłócących się mężczyzn, usiłując wsłuchać się w głośną konwersację. Mieli przewagę faktem, że ich angielszczyzna nie była płynna. Wiele słów, a czasem i zdań wypowiadane było z innym akcentem niż reszta, wypowiedzi urywane były w połowie i dodawano różne słowa, których nie znał- z pewnością nie angielskie. Jednak pewność miał co do jednego: mówili o nim. Częstotliwość wypowiadania słów takich jak 'Sasuke', 'on', 'ten szczyl' i tym podobnych, była zbyt duża, aby nie zrozumieć istotnego przekazu. Narobił sobie problemów. To wszystko przez Itachi'ego!
 - Może do cholery przestaniesz go bronić? Pein Cie wy...
 - Gówno mnie to obchodzi. Wiedział, jaki może być scenariusz, to jego błąd. Ja tylko spełniłem NASZE marzenie. - Rzucił Itachi, przyprawiając Sasuke o głębszy wdech.
Nasze marzenie.
Spojrzał ponownie na kwiat trzymany w rękach. Siła marzeń. Do czego jeszcze Itachi się posunie, aby je spełnić? Do czego obaj się posuną...? Nie dane mu było jednak głębiej zastanowić się nad odpowiedzią na te, czy inne pytania, gdyż samochód ustaną w miejscu, tak samo, jak ucichła kłótnia toczona na przeciw.
 - Więc? - Powiedział długowłosy Uchiha, patrząc na blondyna.
 - Niech Ci będzie. Ale ostatni raz ratuję Ci dupę. - Westchnął Deidara, odgarniając z oka lekko grzywkę. Popatrzył na Sasuke, otwierając usta, aby coś powiedzieć, jednak Itachi go wyprzedził.
 - To zostaw mi. - Powiedział stanowczo, na co blondyn potulnie jak nigdy, skinął głową.
 - O co chodzi? - Zapytał zdezorientowany Sasu, patrząc na ich obu pytająco. Co ma zostawić dla niego? Jasnowłosy nic sobie nie robiąc z jego rozterek myślowych, wyszedł z samochodu, trzaskając drzwiami. Przez chwilę myślał, że i oni wyjdą, jednak przeliczył się. Samochód według jego starszego brata okazał się o wiele lepszym miejscem na konwersację.
 - Słuchaj, Sasuke. Nie jesteś już dzieckiem, więc nie rób szopek... Chciałeś się ze mną spotkać, więc się spotkałeś. Jednak, na naszych warunkach, przełknij to. - Powiedział Itachi, bez cienia skruchy, żalu, prośby czy innego badziewia które można zazwyczaj usłyszeć w ludzkim głosie.
 - O co Ci do cholery chodzi? Co to za mafia, czemu tak późno mi to mówisz? - Zapytał, usiłując ukryć złość. Efekt wyszedł słaby. A nie. Efektu nie było.
 - Przepraszem, nie mogłem wcześniej. Zrozum, nie ja tu rządzę. Potrafię to przeżyć, Ty też musisz. Zrób to dla mnie... Przecież spełniłem Twoje marzenie. Czy może już z niego wyrosłeś?
 - Nie... No co Ty. Zawsze chciałem... - Zaczął, ale los nie dał mu możliwości skończenia, bo starszy zaraz wciął mu się w słowo.
 - No właśnie. Chciałeś, więc...
 - A Ty co? Ty nie chciałeś? Zrobiłeś to tylko dla mnie? Wypchaj się z tym! - Rzucił i złapał za klamkę, w celu wyjścia.
 - To chyba jasne, że chciałem Cię zobaczyć! Po co innego bym się fatygował lata, by zaplanować to wszystko? Nawet nie wiesz, ile musiałem się naprosić!
 - Prosić? Ciekawe o co i kogo?!  Mamusi?! A nie, przepraszam, mamę też olałeś! - Wyrzucił mu w twarz. Nie żałował żadnego ze swoich słów, dopóki nie spojrzał w jego oczy. W oczy, w których widać było tylko ból.
 - Ja... - Zaczął Itachi, schylając głowę. - Przepraszam. Czy mogę Ci to wszystko wytłumaczyć?
Sasuke dotknął jego dłoni, po chwili chwytając ją w lekki uścisk. Czy tak powinno to wszystko wyglądać? Czy to jest te marzenie, o które tyle walczyli?
W odpowiedzi Itachi dostał jedynie lekki uścisk. Znów mógł się do niego przytulić. Znów był małym, nieporadnym chłopcem, patrzącym w lustro na przeciwko schodów.

W następnej części większość pytań z poprzednich rozdziałów się wyjaśni. Do stycznia, ziomeczki i przepraszam za błędy.

PS. Co myślicie o stworzeniu fanpaga dla bloga? Myślę o tym od dość dawna, a ostatnio jedna blogerka, którą straszliwie kocham, tak zrobiła... Może to dobry pomysł?

REKLAMA
pain-in-my-life.blog.onet.pl
Cudowny blog yaoi NaruSasu, polecam wszystkim. Tak długiego i zajebistego opka jeszcze nie widziałam!

sobota, 7 grudnia 2013

7. Wiara


A witam, witam, witam.. Dodaję kolejny rozdzialik, mam nadzieję, że zjadliwe i pożywne... Nie będę dużo pisać, chcę tylko powiedzieć, że następną część POSTARAM SIĘ napisać do świąt... Jak tam mikołajki minęły?


Możność patrzenia w lustro, mimo iż wyczekiwana od tak dawna, okazała
się zbyt wielką próbą dla dwudziestolatka. Odwrócił wzrok i spojrzał na
pusty korytarz. Tak cicho...
Po chwili odważył się znów spojrzeć w twarz mężczyzny stojącego
naprzeciw. Wspomnienie samotnego siedzenia na schodach, patrzenia w swoje oczy odbite w lustrze, spadająca róża... Wszystko powróciło w ciągu sekundy, znowu, w
najmniej oczekiwanym momencie. Nagle wszystko nabrało nowego znaczenia.
Każdy element dawnego obrazu zyskał nowy, całkiem inny kształt, niż
wcześniej.
Tak bardzo pragnął ponownie spojrzeć w te oczy, chciał ponownie spojrzeć
w lustro, tym razem dostrzegając kogoś innego. I gdy marzenie zaczynało
przybierać realistyczny zarys... Chciał się poddać.
Wiedział, że to Itachi. Jego starszy, długo oczekiwany brat stał przed
nim, stał, patrząc się na niego. To musiał być on. Poznał od razu, mimo
iż wyglądał całkiem inaczej, niż Itachi z jego wyobraźni, ze snów.
Wiedział.
Ale mimo to, w jego umysł wpadła inna myśl. To nie może być prawda.
Zaczął wątpić, czy to na prawdę było jego marzenie. Czy tego na prawdę
chciał.
Kochał, czy nienawidził?
Słowa, które wypowiedział kilka chwil temu stały się niewiarygodnie
odległe, jakby ta sytuacja nigdy nie miała miejsca. Czy na prawdę kochał?
Czy te słowa wypowiedział instynkt, czy serce?
Poczuł, jak jego dłoń zostaje przytrzymana przez inne, ciepłe. Dziwnie
ciepłe. Jego zawsze zimna skóra zgrywała się z tą drugą, tak samo
delikatną, jak dwie krople. Jak ogień i woda... Działały na siebie
kojąco, równocześnie odpychając się. Płynęła w nich ta sama krew. Te
same, odpychające się bieguny.
Mimo przyjemności, jaką czuł w ciele, oderwał swoją dłoń od jego,
spoglądając tym razem w drugą stronę. Tu też nie było nikogo.
- Może wejdziemy? - Usłyszał i pokiwał głową. Nie wiedział, co
powiedzieć.
 W gardle wcale go nie ściskało, nie czuł, że nie może mówić. Po
prostu nie wiedział, jak zacząć. Jak powinni zachować się bracia, po tak
długiej rozłące? Praktycznie obcy sobie ludzie...

***

Usiadł na czarnym, obszytym w plusz fotelu. Miękki... Spojrzał na szafkę
obok.
- Konan kazała Ci to dać. - Powiedział Itachi, biorąc w dłonie
papierowego, niebiesko-białego ptaka, leżącego na blacie szafki, na którym
właśnie zawiesił wzrok. Zamrugał oczami.
- Kto? - Zapytał i spojrzał w twarz 'nieznajomego'.
- Niedługo ją poznasz... Jak chcesz. Po prostu weź. Wyrzuć, zgnieć, podrzyj. Tylko weź.
Posłusznie wziął origami w ręce i zaczął oglądać dzieło z różnych
stron. Wykonane precyzyjnie, wprawną ręką. Zgięcia proste, papier cienki,
ale szorstki. Sztuka mistrza...
Jego uwagę przykuło kilka znaków, wieńczących jedną z nóg nieożywionego
stworzenia.
- 'Prawdziwy jest ten, w kogo wierzysz?' - Po raz kolejny zapytał zdziwiony.
- Nie wiem, o co jej chodziło... Też próbowałem odgadnąć. - Wzruszył
ramionami domniemany Itachi i usiadł na fotelu na przeciwko Sasuke.
Młodszy odłożył prezent na kolana i spojrzał na mężczyznę.
 W porównaniu do Sasuke, siedział wyluzowany, opierając głowę na jednej
ręce, podpartej o fotel. Przyglądał się mu i chyba po raz pierwszy z tego
powodu czuł... Zmieszanie?
Tak. Sasuke Uchiha, ten, który niczego się nie boi, nie ma wstydu, teraz
siedział sztywno, czując, jak krew odpływa mu z całego ciała.
- Nie wierzysz mi? - Usłyszał pytanie, które wyszło z ust drugiego.
- Nie wiem. - Powiedział, zgodnie z prawdą. Nie miał pojęcia, czy mu
wierzyć. Przecież go nie zna, nie ma żadnych podstaw do tego, a mimo to...
Gdy patrzył w te oczy, nie był możliwości, by mu nie wierzyć. Skąd on
może mieć te oczy, jak nie od jego matki?
- Powiedz coś, co mnie przekona. - Zdecydował i spojrzał mu w oczy. Chce mu
wierzyć, ale nie umie. To trudne. Chyba nawet za bardzo...
- Ale co mogę? - Zapytał z uśmiechem drugi i rozłożył ręce, jednak
Sasuke pokręcił głową, skupiając się na obrazie, który widział przed
sobą.
Nieznajomy miał długie, czarne włosy, proste jak blacha. Klasyczny
Japończyk. Pod oczami widniały cienie, stwierdzające dosyć długą bezsenność. Rysy twarzy miał delikatne, ale stanowczo męskie. Smukłą szyję wieńczyły dwa wystające obojczyki. Bordowa koszulka z logiem zespołu KISS zdobiła jego tors, a na długich, jak na Azjatę, nogi nałożone były podarte rurki, jednak nie super obcisłe. Rysunku dopełniały czarne trampki.
- Halo, jesteś? - Usłyszał z bliska i ze zdziwieniem stwierdził fakt,
że domniemany Uchiha nie siedzi już na fotelu, a kuca przed nim, trzymając
ręce na oparciu fotela. Potrząsnął głową i spojrzał na niego.
- Wybacz, zapatrzyłem się. - Oznajmił i cofnął nogi bliżej fotela.
- Na mnie.
- Na Ciebie. - Potwierdził i odwrócił głowę w stronę zasłoniętego okna.
- Czemu jest tak ciemno? - Zapytał, by zmienić temat.
- Mam... Problemy ze wzrokiem. Szkodzi mi jaskrawe światło. - Powiedział długowłosy z uśmiechem, a Sasuke czuł jego wzrok na swojej twarzy.
- Teraz Ty się zapatrzyłeś. - Powiedział, po raz pierwszy wciskając w ton
cząstkę śmiechu.
- Dziwisz się? - Usłyszał. Powoli, oniemiały odwrócił wzrok i stronę
'brata'. - Dwanaście lat Cię nie widziałem... Wiedziałem, że będziesz
się wyróżniać, przecież jesteś Uchiha. Jednak nie sądziłem, że
staniesz się takim mężczyzną.
- 'Takim'? - Zapytał, nie rozumiejąc jego słów.
- Patrzyłeś w lustro? - Zapytał z uśmiechem, dotykając jego gładkiego
policzka.
Sasuke drgnął, po czym po pokoju rozległ się donośny 'plask'.

***

Młodszy Uchiha stał nad zdezorientowanym Itachim, patrząc na niego z góry. Długowłosy
siedział przed nim, opierając się z tyłu na lewej ręce, gdy  prawa
pulsowała lekkim bólem po uderzeniu.
- Przepraszam... - Zaczął po chwili, jednak nie dane mu było dokończyć.
- Co Ty sobie myślisz? Nawet jeżeli jesteś Itachim, ja mam dwadzieścia lat,
a nie dwanaście! Takie czułe gesty to możesz dobie...
- Wsadzić. Wiem. Wybacz. - Dokończył za niego starszy, wstając. Spojrzał
mu w oczy, z widoczną skruchą. - Nie o to mi chodziło... Moja wina,
przepraszam, na prawdę. - Powiedział.
- Twoja. - Potwierdził młodszy. Ta sytuacja.Wyprowadziło go to z
równowagi, serce waliło mu w piersiach z niewiadomego powodu. Co się tak w
ogóle stało?
Nigdy tak nie reagował. W sumie... To mógł być zwykły braterski gest,
chwilowe zapomnienie. Powrót do przeszłości, tak jak teraz. Jego ciepłe ramiona, bicie serca. Zwyczajny pocałunek w czoło, jak do dziecka...
- Itachi! - Wrzasnął i pchnął go na przeciwległy fotel, patrząc na niego
ze złością.
Długowłosy wstał i nie zważając na jego stan, stanął krok od niego, na
co młodszy się cofnął.
- Nie zbliżaj się do mnie. Jesteś chory... - Zaczął, odchylając się od
wyciągniętej ku niemu dłoni. Co on zamierza? Czemu tak blisko...
Stracił równowagę w chwili, gdy dwa palce stuknęły go w czoło. Poleciał
na fotel, z przeświadczeniem, że odnalazł swojego brata.

***

 - I jak? Wierzysz mi?
 -  Wierzę. W Ciebie.