wtorek, 30 grudnia 2014

19. Interes.


Hej, kochani!
Tak jak obiecałam, rozdział pojawia się przed końcem roku. Mam nadzieję, że mi zaufaliście i nie spisaliście moich słów od razu na straty.
W tym rozdziale wiele między braćmi się nie dzieje, a to dlatego, że w kolejnych mam w planie zrobić większą akcję, która na pewno się Wam spodoba. Jak wielką, tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że szybko się dowiem.
To jeszcze nie koniec ogłoszeń parafialnych, o nie! Z okazji Sylwestra chciałabym życzyć Wam… yyy. Udanego Sylwestra xD Mam nadzieję, że się dobrze wybawicie i spędzicie go bezpiecznie. Nie róbcie żadnych głupot, abyście mogli przeczytać kolejny rozdział c:
No, to chyba tyle! Nie wiem, kiedy napiszę następną część, bo kończy się wolne i muszę się uczyć do pracy klasowej z angielskiego… Postaram się wyrobić do ferii, czyli do 23 stycznia, bo raczej w ferie nic się już nie pojawi, chyba że na sam początek. Trzymajcie kciuki!
Tymczasem pozdrawiam i życzę miłego czytania,
~Rena

Nie zadzwonił.
Siedząc w domu zachodził w głowę czy wszystko jest ok, czy spokojnie doleciał i czy jacyś afgańscy terroryści przez przypadek nie przejęli akurat jego samolotu. Od wczoraj oglądał wiadomości, jednak na żadnym z kanałów typu Tokyo Live nikt nic takiego nie wspominał. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo irracjonalny był ten strach, jednak nie miał na to żadnego wpływu. Martwił się.
Usiadł przed biurkiem i odpalił starego laptopa od Apple, który mimo wieku nadal chodził dość sprawnie, może dlatego, że był dość oszczędnie używany, a może z powodu, iż Uchiha mieli w genach zakodowane szanowanie swoich rzeczy. Nawet taki paniczyk jak on, wielki Sasuke.
Odpalił pocztę, chcąc zobaczyć czy dostał jakieś nowe materiały na wykłady, jednak zamiast tego w swojej skrzynce e-mailowej zauważył wiadomość o dość odstającym od reszty temacie, bo napisanym co dziwne, nie kanji, a alfabetem łacińskim. Bez zastanowienia nad jakimikolwiek konsekwencjami kliknął w odnośnik. Było niewiele osób, które mogły do niego napisać coś podobnego. W sensie, mógł każdy, jednak nie sądził, aby komuś się chciało.
Po kilku sekundach ładowania okazało się, że mail był pusty. Zawierał jedynie kilka załączników, które w pomniejszeniu wydawały się jedynie zwykłymi, białymi karkami z jakimiś niekształtnymi, czarnymi wzorami.
Uśmiechnął się do siebie, kiedy jeden z nich rozwinął się na całą stronę.
Itachi wziął wszystko bardzo na serio... Termin odlotu na karcie pokładowej i bilecie był zapisany na równo za dwa tygodnie, 29 sierpnia 2014 roku.

***

 - Idziemy?
Sasuke skinął głową, spuszczając wzrok z rudowłosego i popatrzył na kwiaty trzymane w swojej dłoni. Czerwone róże. Najprostsze. Tradycyjne. Typowe. A jednak miały w sobie coś co sprawiało, że to właśnie one co roku okazywały się najbardziej odpowiednie.
Ruszył przodem, wchodząc w cmentarną bramę. Lawirował między grobami, podążając tak dobrze już sobie znaną ścieżką, obserwując wyuczone na pamięć nagrobki przez tak częste przemykanie między nimi.
 - Sasuke... Zaczekaj. Nie biegnij tak. - Dyszał za nim Gaara, próbując zrównać z nim tempo. Dopiero po chwili dotarło do niego, jak szybko pędzi w tamtą stronę. Odetchnął cicho i zwolnił, czekając na chłopaka.
Byli blisko. Z tej odległości widział już niewielki pomnik w kolorze grafitu, przykryty pierwszymi opadłymi w tym roku liśćmi. Kończył się sierpień, w związku z czym niektóre z drzew zaczynały mienić się złotem.
Uśmiechnął się, jednak był to tak niespodziewany uśmiech, że musiał dotknąć palcami ust, aby w to uwierzyć. Nie przypominał sobie drugiej takiej chwili. Czy to jakiś przełom? Początek czegoś nowego? Nie sądził. Nie żyli w bajce. Jego życie ciągnęło się dalej i nie było możliwe, aby w ciągu kilku najbliższych lat cokolwiek uległo zmianie, przynajmniej w związku z tym.
Stanął przed granitowym nagrobkiem i wbił wzrok w napis, nie potrafiąc spojrzeć na czarno-białe zdjęcie.

Kimimaro Shiro
ur. 25.10.1990 zm. 28.08.2012
Pokój jego duszy.

 - To już dwa lata. - Powiedział cicho, nadal wyczuwając na swoich ustach uśmiech sprzed chwili. - A ja nadal mam wrażenie, jakby to było wczoraj. - W dalszym ciągu starał się skupić na kształtnych literach, czując, że powoli zaczynają opuszczać go siły.
"Zaczyna się... A w tym roku miałem być silny."
Czarnowłosy włożył kwiaty trzymane w ręku do wazonu wmurowanego w pomnik, do połowy wypełnionego wodą, zapewne z wczorajszego deszczu. Dzisiejsze niebo też nie było czyste, jak zazwyczaj w lecie. Znów zbierało się na deszcz, a od zachodu nadciągały ciemne chmury. Do jego uszu docierał coraz głośniejszy szum wiatru i liści cmentarnych drzew.
Nie chciał się nad tym wszystkim znowu rozżalać. Ludzie umierają...
Nie potrafił pogodzić się z jego śmiercią, ale nie pozwalał sobie także się załamywać.
Te uczucie... Ich uczucie umarło razem z nim. Został jedynie smutek, że nie mogło się rozwinąć.
Okrutne? Nie bardziej niż to, co ich spotkało. Teraz już nic się nie wydarzy. Właśnie to było okrutne.
 - Sasuke...
Uciszył go gestem dłoni.
Nie licząc szumu liści, było tak cicho... W powietrzu wyraźnie roznosił się śpiew ptaków. Kiedy zamykał oczy, prawie potrafił sobie wyobrazić, że to on gwiżdże.
Uwielbiał gwizdać. A może tylko mu się to zdawało? Wspomnienia były tak rozmazane...
Nie potrafił wstrzymać łez wyciekających spod jego powiek. Z jego bezczelnie skrojonych bladych ust wyrwał się cichy szloch, stłumiony jego własną ręką. Opuścił głowę w dół i schowawszy twarz w zimne dłonie, pozwolił objąć się cudzym ramionom.
Miał dziwne, straszne wrażenie, że ta historia skończy się już niedługo. Że przerwie ją coś o wiele gorszego od śmierci...
Zapomnienie.

***

 - Kiedy dolecisz, szukaj Hidana, wyślę Ci jego numer SMSem. Odwiezie Cię do...
 - Jak to Hidana? A Ty?
 - Sasuke, uspokój się. Nie mogę przyjechać. Zobaczymy się na miejscu. - Itachi powiedział to stanowczo, jednak jego głos brzmiał bardziej uspokajająco, niż karcąco. Na jego twarzy wymalowała się ulga, kiedy krzyki po drugiej stronie ucichły Zakręcił samochodem w lewo, wjeżdżając w jedną z bocznych uliczek.
 - Dobrze. Poczekam.
Długowłosy odetchnął cicho, po czym pożegnał się i odłożył telefon do schowka przed siedzeniem pasażera.
Zaparkował w krzakach przy starym hangarze i wyszedł z samochodu, kierując się w stronę Nagato, opartego o czarnego, lśniącego Mercedesa.

 - Kiedy przyjedzie? – Zapytał czarnowłosy, sprawdzając na telefonie godzinę. 13.05.
 - Powinien już być.
Oparł się o samochód obok niego i wbił wzrok w drogę, ledwo dostrzegalną między szuwarami. Trzasnęły metalowe drzwi i z blaszanego budynku wyszedł Deidara.
 - Gdzie ten grubas? – Rzucił zdenerwowany, poprawiając ręką grzywkę. Przybliżył się do Itachi’ego, jednak zanim zdążył naruszyć jego przestrzeń prywatną i przytulić się, został odepchnięty. Uchiha dostrzegł na jego twarzy grymas niezadowolenia, jednak nie usłyszał żadnego słowa sprzeciwu.
 - Zachowuj się. Zaraz przyjedzie.
Jakby na zawołanie, dało się słyszeć stłumiony ryk silnika, aby po chwili na polanę wjechało czerwone auto. Z tej odległości nie widać było znaczka, jednak kiedy podjechało wystarczająco blisko, można było dostrzec na masce srebrną literę L. Lexus.
 - Niezłe autko. – Mruknął blondyn, obserwując z lekką kpiną wychodzącego z pojazdu, dość pulchnego mężczyznę w średnim wieku. Przeleciało mu przez myśl, że obrzydliwym byłoby być obmacywanym przez takiego typa. Jeżeli miałby wybierać pomiędzy nim, a zwykłym blockersem, wybrałby blockersa.
 - Spóźniłeś się. – Warknął Nagato na prawie całkowicie wyłysiałego gościa. Ubrany był w szary garniak, chociaż bardziej wyglądał na biały wyprany w tej samej pralce z czarnymi ubraniami. Skórę też miał szarawą, zapewne od fajek, przez co do głowy cisnęła się myśl, że został obsypany wiadrem popiołu. Zapewne nikt by mu tego nie żałował.
 - Wybacz, załatwiałem ważne sprawy. – Facet zbył go, uśmiechając się głupio, jakby zwracał się do swojego młodszego brata. Nie miał jednak szczęścia. Nagato nie był jego pieprzonym, młodszym bratem.
 - Dwanaście procent. Po dwa od każdej minuty. – Powiedział twardo, obserwując jego reakcję z bladą obojętnością na twarzy, jednak w jego oczach błyszczało wręcz dziecięce zadowolenie na myśl o wygranej.
Wszyscy zebrani na tej polanie wiedzieli, że musi się zgodzić. Nie oznaczało to jedynie wzrostu funduszy, lecz też respektu wobec ich usług na rynku. Facet robi mu reklamę za free, płacąc wyższą cenę pokazuje, że towar jest dobry, a dodatkowo stawia go w dobrym świetle- bezwzględnego, władczego Nagato, w którego mniemaniu warunki rynku działały na trochę innych zasadach- to klient ma się bić o Ciebie, a nie Ty o klienta. Dzięki temu zaszedł tak wysoko.
Przez moment jedynym odgłosem, który dało się słyszeć był wiatr, jednak po chwili przerwał go trzask samochodowych drzwi. Z pojazdu wyszedł ubrany na czarno facet w ciemnych okularach, trzymając w ręku dwa małe neseserki obite skórą, od której odbijało się słońce.
 - Itachi.
Czarnowłosy odepchnął się z westchnieniem od samochodu, na dźwięk głosu rudego i poszedł po pieniądze. Otworzył zamki obu skrytek i przeleciał szybko wzrokiem po zawartości. Nie dziwiły go takie sumy, więc wyraz jego twarzy nie zmienił się ani trochę. Nie raz widział więcej i nie raz trzymał więcej w rękach.  Popatrzył na swojego szefa i skinął potwierdzająco głową. Nie sprawdzał ile, nie sprawdzał czy prawdziwe, ani  nic z tych rzeczy. Tym zajmie się Kakuzu. A jeżeli facet rypnął się o więcej niż o jeden banknot, albo ich oszukał… Uśmiechnął się lekko. Zdając się na wyobraźnię szefa i jego talent do planowania dziwnych rzeczy, nie muszą się martwić o to, że wyjdą z tego stratni. Nagato machnął ręką w stronę Deidary, który ruszył z powrotem w stronę hangaru. Nie wracał jednak sam.
Tuż przed nim szło dwoje ludzi. Kobieta, o ogniście czerwonych włosach i spłoszonym spojrzeniu, oraz białowłosy chłopak, który kroczył przed siebie ze znudzeniem wymalowanym na twarzy.  Itachi uśmiechnął się pod nosem na ich widok.
To nie tak, że lubił to robić… Gdyby miał możliwość wyjścia z tego bagna, nie zawahałby się przez ani jeden moment. Sęk tkwił w tym, że z tego nie dało się wyjść, jeżeli raz się weszło. Za dużo wiedział, aby Nagato mógł puścić go wolno. Nie miał więc wyboru ani teraz, kiedy w tym siedział, ani wcześniej, kiedy skończył studia i wylądował na ulicy, odcinając się całkowicie od rodziców.
Deidara zaprowadził ich aż pod lśniący czerwienią samochód, gdzie facet w czerni podszedł do nich i podstawił im pod nos kawałek szmaty. Chloroform. Wszyscy wiedzieli, że nie było to potrzebne, jednak kupcy widocznie kładli nacisk na środki ostrożności. Ich towar, ich wybór.
Wziął walizki i pogwizdując cicho pod nosem „In the end” Linkin Park’u skierował się w stronę swojego szefa, słysząc za sobą szmer towarzyszący wkładaniu dwóch bezwładnych ciał do bagażnika.

***

Sasuke nie był kretynem. Już w samolocie przygotowywał się psychicznie na wątpliwą przyjemność spędzenia całej drogi do willi z białowłosym wrzodem siedzącym za kierownicą. Dla swojego bezpieczeństwa postanowił usiąść z tyłu samochodu, jednak okazało się to być czymś nieosiągalnym, ponieważ wszystkie trzy tylne siedzenia okazały się być zawalone mniej lub bardziej określonymi przedmiotami.
 - Nie mogłeś tego upchnąć do bagażnika? Jest pusty. – Zauważył Uchiha, przyglądając się widokom za szybą, jakby były interesujące, co było równie wątpliwe. Ulice zatłoczonego Londynu różniły się od Tokio jedynie tym, że chodzili tam ludzie wyżsi od przeciętnych Japończyków o  średnio 10-20 centymetrów. Może były też trochę mniej przeludnione. Tak czy siak, nie było co oglądać, jednak wydawało się to dużo bezpieczniejsze i przyjemniejsze niż wlepiać wzrok w Hidana.
 - Wolałem je położyć na siedzeniu.
Jego odpowiedź nie należała do tych wyczerpujących i wyjaśniających chociaż część tematu, którą Sasuke miał nadzieję usłyszeć, jednak zdecydował się nie drążyć. Jego myśli krążyły teraz wokół czegoś całkiem innego.
Czy spotka go zaraz po przyjeździe na miejsce? Czy na niego czeka? A może to jednak on będzie tym, który będzie musiał zaczekać? Sam zdziwił się, jak bardzo niepewnie i niecierpliwie podchodził do tej sprawy… Denerwował się.
Tak, on.
Zamknął oczy i oparł głowę o fotel, usiłując skupić się na czymś przyjemniejszym niż jazda samochodem, jednak od dwóch tygodni nie potrafił myśleć o niczym innym jak o rychłym spotkaniu z bratem i o tym, co stało się nim rozstali się ostatnim razem.
Nadal czuł na ustach jego pocałunek. Nie potrafił określić jaki był, a na jego wspomnienie nie przychodziło mu do głowy nic innego ponad jego fizyczność. Nie umiał go nazwać. Czy był delikatny? Pikantny? Czuły? Pewny? Jedynym faktem, który mógł stwierdzić było to,  że Itachi go chciał. Chciał i jakimś sposobem sprawił, że i on zaczął go chcieć.
Otworzył oczy, kiedy Hidan zadał jakieś pytanie. Spojrzał na niego niezrozumiale i rzucił pierwszą lepszą odpowiedź na odczepnego, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie ma ochoty na konwersację. Niestety, kierowca samochodu okazał się bardziej upierdliwy niż większość osób, które Sasuke zdołał poznać w swoim dwudziestoletnim życiu. Ich rozmowa była równie porywająca co wczorajszy obiad, dopóki nie padły wyczekiwane przez niego słowa.
 - Jesteśmy na miejscu, księżniczko.


wtorek, 23 grudnia 2014

Tradycja- świąteczna miniaturka +życzenia.

Hej, ludzie!
Tak jak Wam obiecałam na fanpagu, przychodzę do Was ze świąteczną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i choć troszkę zaspokoi Wasze ItaSasukowe wyobrażenia. Ale teraz przejdźmy do konkretów. Jest po dwunastej, noc, właśnie wybił 24 grudzień... A ja zmęczona, z chorym gardłem i bolącym łbem piszę Wam życzenia. Widzicie, jak Was kocham, moje dzieci?
No więc tak: Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności itd, itp. Wszyscy wiemy, że w życiu są jednak ważniejsze priorytety, więc nie ograniczamy się.
Dużo kasy, fajnych prezentów, dobrego żarcia na stole, zjadliwego karpia, świecącej, a nie palącej się choinki, śniegu, zimy, mrozu, zasp, śniegu, zimna i szronu na szybach, aby rodzice w końcu przemówili ludzkim głosem, dużo yaoi, weny na pisanie opowiadań, czasu na czytanie i oglądanie serii, aby Wasi ulubieni blogerzy dodawali rozdziały jeszcze częściej (nawet, jeżeli dodają je co kilka dni), aby w Polsce wydali jeszcze więcej tytułów yaoi i aby Kotori nadal pracowało tak wspaniale i jeszcze lepiej, no i aby ItaSasu rozprzestrzeniło się bardziej niż Ebola~ *Przerwa na wdech*. Jest tyle rzeczy, których jeszcze chciałabym Wam życzyć... Zasłużyliście na to. Jesteście wspaniali. Więc aby już nie zamęczać Was tym wszystkim, ograniczę się do jeszcze jednego pozdrowienia: Wesołych, radosnych i wymarzonych Świąt, moi yaoiści! <3
Zapraszam do czytania :3


Ubieranie choinki nie było jedną z moich najulubieńszych czynności. Szczerze powiedziawszy, nie widziałem sensu w tej tradycji, jako że ani ja, ani Itachi nic za bardzo nie robiliśmy sobie z religii. W sumie to byłem w kościele raz w życiu, kiedy Naruto brał ślub. Msze nie były dla mnie. Ale wróćmy do choinki...
Jak co roku, miałem pokłute całe dłonie wieszając bombki, łańcuszki i aniołki, które Itachi zrobił sam. Miał bardzo sprawne dłonie, z resztą nie tylko przy robieniu aniołków...
- Skończyłeś już piec te ciasto? - Krzyknąłem z pokoju, trzymając w dłoni gwiazdę na czubek świątecznego drzewka. Niestety, Bozia poskąpiła mi wzrostu, a nie chciało mi się przynosić krzesła. Wolałem poprosić Itę. Tak, nie dość, że mały, to leniwy. Bywa.
- Już, chwila. Wstawiam do piekarnika. - Usłyszałem krzyk dobiegający z kuchni.
Założyłem ręce na piersi i czekałem. Po niedługiej chwili do pokoju wszedł mój brat, w całej swojej utytłanej mąką okazałości.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć.
- Ah Ty i te Twoje krótkie nóż...
- Nie kończ. - Powiedziałem groźnie, patrząc na niego z nienawiścią kipiącą z oczu.
- ... nóżki.
Moja mina zrzedła. Względnie dobry humor także.
- Sam sobie ubieraj tę choinkę. - Warknąłem i wyszedłem z pokoju, zostawiając go samego.
Nic na to nie poradzę... Nie znoszę, kiedy ktoś nabija się z mojego wzrostu, a kiedy robi to Itachi i to z taką złośliwością, czuję się cholernie zdradzony. Już chyba wolałbym zobaczyć go z innym...
Prrr, wróć. Nie. Tfu. Ja tego nie powiedziałem.
Usiadłem w pokoju i otworzyłem swój notes na rysunki. Kompletnie nie miałem talentu, dlatego rysowałem. Swoisty bunt jednostki przeciw całemu światu. Usiadłem na krześle i zacząłem mazać na jednej z nielicznych już czystych kartek jakieś niekształtne kreski.
- Sasuke, chodź, spróbujesz ciasta. - Powiedział Itachi, kładąc mi dłonie na ramionach.
Rok w rok robił to samo ciasto. Rok w rok spędzaliśmy święta sami. Rok w rok ubierałem choinkę. Było nam tak dobrze... Chociaż gdyby rodzice żyli, byłoby dużo przyjemniej. Ale mieliśmy siebie, to najważniejsze.
- Nigdzie nie idę. - Prychnąłem, strzepując jego dłonie z ramion. Mógłbym przysiąc, że w tej chwili uśmiech na jego ustach powiększył się o około trzy razy.
- Sasuke... Zerwiesz z tradycją? - Zapytał niewinnie, całując mój kark. Wzdrygnąłem się. Kiedy Ita zaczynał uwodzić w ten swój wredny sposób, był bardziej creepy niż niejeden psychopata. Wierzcie mi, wiem co mówię.
- Przestań. - Powiedziałem oburzony, że w takiej sytuacji myślał o takich rzeczach. Skandal.
- Dlaczego? Znów zagrozisz mi celibatem? - Zaśmiał mi się do ucha, co wpieniło mnie jeszcze mocniej, bo właśnie miałem zamiar mu to oznajmić. - Dobrze. Ale najpierw trzeba dopełnić bożonarodzeniowej tradycji... Potem możesz sobie ustalać co chcesz.
- Zrywam z tradycją. - Powiedziałem ostro, usiłując znów zabrać się za 'rysowanie', jednak jego ręce pod moją koszulką sprawnie mi to uniemożliwiały.
- Udowodnić Ci, że nie? - Zapytał, a w jego głosie znów usłyszałem nutkę rozbawienia.
- Nie musi...
Nie dane było mi dokończyć.
Całując mnie, prowadził w stronę salonu. Z każdym kolejnym ubraniem, które spadało z mojego ciała, było mi coraz goręcej, mimo iż skórę smagało zimno z uchylonego okna.
Poczułem na plecach miękki dywan i odetchnąłem cicho, kiedy w końcu przerwał pocałunek.
- Wesołych świąt, braciszku. - Powiedział do mnie jeszcze, zanim nasza wigilijna tradycja się dopełniła.
Nie odpowiedziałem. Jeżeli te święta mają skończyć się tak samo jak zaczęły, na pewno będą wesołe. Coś czułem, że Itachi o to zadba.

Pozdrawiam i jeszcze raz Wesołych,
~Rena

piątek, 12 grudnia 2014

18. Obietnica

Cześć...  Wszystkim...  *Chowa się za telefonem*
Nie krzyczcie, proszę. Wiem, że znowu zawaliłam. Moja wina. W sumie to nie moja, ale moja.
Zepsuł mi się laptop i nadal go nie mam i... No i nie miałam na czym pisać. Wiem, że obiecałam go na trzy tygodnie wcześniej, ale siła wyższa. Ostatecznie wkurwiłam się cholernie i napisałam go na komórce. A raczej przepisałam, bo był w większości gotowy już od dawna. Liczę na wybaczenie przez fakt iż się tak poświęciłam ;-;
Z tego miejsca chciałabym podziękować Wam za taki odzew pod poprzednim postem i na fanpagu. Widzę same nowe twarze (czyt. Nowe podpisy), co mnie bardzo cieszy, chociaż szkoda trochę, że nie komentuje już prawie nikt, kto czytał wcześniej. No trudno. Pisać będę nadal.
Jeżeli blog się Wam podoba, zachęcam kliknąć tu obok, w niebieskie okienko 'dołącz do tej witryny', aby być na bieżąco.
Proszę tylko, nie jęczcie, że rozdział krótki... Naprawdę się starałam i jest średniej długości, tego mi nie zarzucicie ;-;
Zgodnie z obietnicą 'coś' zaczęło się dziać. A mówiąc 'coś' mam na myśli coś między Uchihami.
No dobra, koniec ogłoszeń parafialnych. Zapraszam do czytania~



- Na lotnisko. - Powiedział, wsiadając do pierwszej lepszej taksówki stojącej na ulicy.
- Które? - Zapytał facet w czarnej, zamszowej czapce narzuconą na łysiejącą głowę. Znudzony żuł gumę, co obrzydziło Sasuke na tyle, aby pomyśleć o ucieczce z samochodu. Wiedział jednak, że nie ma na to czasu.
- Na... - I tu pojawiał się problem. Na które lotnisko? W Tokio było ich kilka, a Itachi nic nie sprecyzował. - Zachodnie.
Przez głowę przeleciały mu sceny sprzed dwunastu lat... Oby to lotnisko tym razem przyniosło mu większe szczęście, niż wtedy.
Taksówka ruszyła powoli w stronę celu, wydając przy tym dźwięk, jakby miała za chwilę stanąć w miejscu. Sasuke nerwowo spoglądał na zegarek, prawie wyczuwając jak szybko czas przelatuje mu przez palce.
Ósma dwadzieścia dwa.
Ósma dwadzieścia sześć.
Ósma trzydzieści.
Ósma trzydzieści trzy.
- Nie można szybciej? - Zapytał sfrustrowany, wbijając wzrok w czerwone światło przed samochodem, jakby chciał rozwalić je laserowym spojrzeniem. Niestety, nic takiego się nie stało.
- Nie wpłynę na ruch uliczny, kochasiu. Wszyscy teraz jadą do pracy. - Rzucił kierowca, posyłając mu w lusterku obleśny uśmiech żółtych zębów, po chwili wracając jednak do żucia miętowej gumy, której mdły zapach rozchodził się po samochodzie wraz z odorem benzyny i przepoconych ciuchów.
Sasuke poczuł nagły skręt w żołądku. Nie wiedział do końca czy z obrzydzenia, czy nerwów. Najpewniej z obu powodów.
Westchnął zrezygnowany i położył głowę na kolanach, przykrywając ją rękoma.
Skręcało go w środku, a ręce pociły się, mimo iż jego ciało zdawało się być nienaturalnie lodowate.
- Co taki struty? - Usłyszał nagle i uniósł głowę, patrząc na kierowcę. Zwierzanie się podstarzałemu dziadydze było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, jednak doszedł do wniosku, że co mu szkodzi? I tak zapewne nigdy więcej go nie spotka, a nawet jeśli, nie będą się pamiętać. W Tokio jest tyle taksówek, że przez kwartał mógłby jeździć na wykłady i wracać z nich, za każdym razem inną.
- Mój brat wylatuje. Nie wiem kiedy znów go zobaczę, co gorsza dopiero co go znalazłem po dwunastu latach... W sumie to on mnie znalazł. - Poprawił się. - Nawet nie wiem czy jadę na dobre lotnisko.
Nie lubił narzekać, ani opowiadać o swoich problemach, jednak musiał przyznać, że poczuł coś w rodzaju ulgi, a serce przestało bić tak szybko, że zagłuszało nawet szum silnika.
Zapaliło się zielone światło i taksówka ruszyła.
W oddali widoczna była już wieża lotniska, jednak i tak od celu dzieliło ich jeszcze dobrych kilka minut drogi. Sasuke wbił w nią wzrok, bojąc się spojrzeć na zegarek.
- Nie poleci.
Sasuke zamrugał zdziwiony oczami, przypominając sobie o istnieniu dziadka.
- Co?
- Stawiam pół wypłaty na to, że nie poleci. - Opowiedział taksówkarz, patrząc się na Sasuke jak na idiotę.
- Skąd ta pewność?  - Zapytał, nie potrafiąc znaleźć sensownych argumentów na te stwierdzenie. Wydawało się to dla niego skrajnie niemożliwe.
- Bo nawet taki skurwiel jak ja, poczekałby na brata, którego szukał dwanaście lat.
Na ustach Sasuke pojawiło się coś na kształt zadowolonego uśmiechu. Musiał przyznać, że te słowa... Mimo iż całkowicie bezsensowne, podniosły go na duchu. Zamilkł, rozważając je po cichu.
Czy Itachi zrobi to dla niego? Pokręcił głową. Nie...To nie było możliwe. Poleci, na pewno... Bardziej obstawiałby przy tym, że znów coś wymyśli. Podobnym do niego było mieć jakiś plan, którego nie wyjawiłby nikomu, dopóki by się nie udał. Tylko że co mógłby zrobić na lotnisku? Wywołać burzę i opóźnić lot?
Taksówka zatrzymała się na parkingu przed lotniskiem.
- Leć. - Głos mężczyzny wyrwał go z transu.
Nie trzeba mu było powtarzać drugi raz. Zostawiwszy na siedzeniu kilka banknotów, wyleciał z samochodu i pognał w stronę budynku. Usłyszał za sobą cichy śmiech i charkot zapalanego silnika, a w głowie kotłowała mu się jedna myśl: ''Nie mam czasu."
Wielki zegar nad głównym wejściem wskazywał ósmą czterdzieści dziewięć.
***
Siedział w sali odlotów, czekając na swój samolot. Zbliżała się dziewiąta, jednak nigdzie w pobliżu nie dostrzegał Sasuke.
Naprawdę był tak mocno oburzony, aby się nie odezwać, nie pożegnać? Uśmiechnął się pod nosem i omiótł wzrokiem wyludniającą się salę. Przyjdzie. Był tego całkowicie pewny.
- Przepraszam, która godzina?
Itachi przeniósł wzrok swoich czarnych oczu na stojącą przed nim kobietę. Długie nogi podkreślały obcisłe jeansy i buty na wysokim obcasie, a delikatny makijaż znakomicie współgrał z ciemno brązowymi, kręconymi włosami i różowawą skórą. Typowa Europejka.
- Pięć po dziewiątej. - Odpowiedział bez zbytniej grzeczności, ani też braku szacunku. Ot, zwykła wymiana zdań zwykłych ludzi.
Dziewczyna pokiwała głową i odeszła, stukając obcasami po śliskiej podłodze. Pomyślał tylko: "Cud, że jeszcze się nie wyłożyła.", kiedy jego oczy natrafiły na siedzącą nieopodal postać, trzymającą twarz w dłoniach. Wyglądała jakby płakała, jednak Itachi doskonale wiedział, że po jej policzkach nie spływają łzy.
Jego usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, kiedy staną tuż przed chłopakiem.
- Pan kogoś szuka?
Sasuke podniósł głowę, dając tym samym Itachiemu doskonały wgląd w swoje zszokowane oczy, w których tak jak podejrzewał, nie błyszczała ani jedna łza.
- Itachi...
- Oto jestem. - Zaśmiał się, unosząc dłoń, aby dotknąć jego włosów, jak małemu dziecku, jednak przypomniawszy sobie jego reakcje w wyniku takich gestów, zrezygnował i z powrotem opuścił rękę.
- Co Ty tu robisz?  - Usłyszał, kiedy Sasuke w końcu doszedł do siebie. Teraz młodszy stał przed nim, z uniesioną głową, nadal patrząc mu w oczy. Co w nich widział? Zapewne idealne odbicie swoich własnych.
- Tak to się wita z bratem? - Zapytał się z rozbawieniem w głosie, nie mogąc powstrzymać się od tej reakcji. Z tą miną Sasuke tak strasznie przypominał teraz małe, niewtajemniczone w jakąś poważną sprawę dziecko, które usilnie stara się wszystko zrozumieć. Strasznie przypominał mu teraz dzieciństwo... Pamiętał dokładnie ten wyraz twarzy. Co do tego jego brat nie zmienił się w ogóle.
- Nie... Nie o to mi chodziło... Nie poleciałeś?  - Zapytał Sasuke, siadając z powrotem na plastikowym, niebieskim krześle, które skrzypnęło pod nim tajemniczo.
- Cóż... Chciałem dać Ci jeszcze odrobinę czasu... Tak naprawdę samolot mam za pół godziny. - Wytłumaczył, wskazując ręką na elektryczną tablicę, z zapisanymi wszystkimi odlotami.
- Tak myślałem... Zawsze wybiegasz w przyszłość.
Itachi pokiwał tylko głową, przytakując. Z natury był ostrożnym człowiekiem... A jego profesja nauczyła go tej ostrożności jeszcze bardziej.
- Skąd wiedziałeś, które lotnisko? - Zapytał starszy, siadając obok brata. Był nienaturalnie wyluzowany, a przynajmniej takie robił wrażenie.
- Nie wiedziałem. Przecież mi nie powiedziałeś. - Sasuke pokręcił głową.
- Więc jak tu trafiłeś?
- Pomyślałem, że dam temu miejscu jeszcze jedną szansę.
Tym razem to usta Sasuke wygięły się w uśmiechu.
- I jak?
- Chyba dobrze.
Siedzieli chwilę w ciszy, która przytłaczała coraz bardziej. Ucieszył się, że została przerwana.
- Kiedy wrócisz?
Itachi spodziewał się tego pytania, jednak nie sądził, że będą towarzyszyć temu takie emocje. Jego głos drżał od napięcia. Gdyby Sasuke nie siedział odwrócony do niego plecami i mógłby spojrzeć w jego oczy, był pewny, że zobaczyłby w nich coś na kształt niepewności... A może i smutku? Były to jednak tylko spekulacje.
- Nie wiem. - Odpowiedział zgodnie z prawdą. - Postaram się jak najszybciej.
Zdawał sobie sprawę, że nie była to zadowalająca odpowiedź, jednak nie miał zamiaru go okłamywać.
- A chociaż w przybliżeniu?
- Może dwa miesiące... Do pół roku.
Itachi dokładnie obserwował jego reakcje. Sasuke zacisnął mocno pięści, obracając się momentalnie w jego stronę. W jego oczach błyszczało niedowierzanie.
- Pół roku?...
- W najgorszym przypadku. - Dodał szybko, doskonale rozumiejąc jego dezorientację. Te "pół roku"  brzmiało gorzej niż wyrok. - Postaram się przylecieć jak najszybciej. Nie martw się.
Mimo wszystko, strach w głosie brata podobał się mu, cieszył jego uszy niczym słodkie słowa z ust kochanka. Było to egoistyczne, ale nie potrafił się z tego nie cieszyć. Czy nie o to chodziło mu cały ten czas, od kiedy znów są razem? Aby Sasuke zaczęło zależeć na nim i na jego obecności?
- Mało pocieszające. - Powiedział Sasuke, a smutek w jego głosie w ciągu chwili zbił się w bryłę zimnego lodu.
- Pan Uchiha będzie tęsknić? - Zapytał ze śmiechem, chcąc lekko rozluźnić napięcie w powietrzu.
- Może i tak. W końcu jesteś moim bratem. Wkurwiającym, ale zawsze. - Sasuke odgryzł się tym samym.
Obaj zaśmiali się cicho, jakby niepewnie, jeszcze nie do końca przyzwyczajeni do nowych sytuacji i swojej obecności.
- A może Ty przylecisz do mnie? - Zaproponował nagle Itachi, przyglądając się mu uważnie. Był świadomy tego, że Sasuke nie chce mieć z tym wszystkim zbyt wiele wspólnego, ba, sam wolał, aby jego brat siedział tutaj i jak najmniej udzielał się w Akatsuki. Mimo wszystko jednak, chciał go zobaczyć trochę szybciej niż za te dwa cholerne miesiące.
- Kiedy?
- Kiedy tylko będziesz miał wolne. Za tydzień, dwa, miesiąc.
Zapadła chwila ciszy. Ten jeden raz Itachi nie tracił nadziei- on po prostu jej nie miał. Nie wiedział, jaka będzie jego odpowiedź, nie zgadywał, nie liczył, nie obstawiał. Czuł, że Sasuke się waha i jak normalnie, zrobiłby wszystko aby jego odpowiedź była twierdząca, tak teraz wszystko postanowił zostawić jemu. Dlaczego? To dziwne... Ale chciał po prostu, aby dokonał swojego własnego i dobrego wyboru, nawet przy tak błahej sprawie.
- Pasażerowie lotu 216, Tokio-Londyn, proszeni są udać się do sali odlotów. Powtarzam, pasażerowie lotu... - Z głośników popłynął czysty, kobiecy głos w kilku językach. Większość z nich Itachi potrafił zrozumieć bez problemu: japoński, angielski, francuski, rosyjski, niemiecki.
Itachi podniósł się z krzesła i chwycił w dłoń uchwyt małej, czarnej walizki na kółkach.
- Zadzwoń, kiedy się zdecydujesz. - Powiedział z uśmiechem, czekając aż i ten wstanie, aby móc się z nim pożegnać.
- Przylecę. Za dwa tygodnie mam sesję. Potem mogę przylecieć.
Zdziwiła go pewność w jego głosie, jednak uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, ukazując swoją radość. Pokiwał głową.
- Kiedy dolecisz...
- Dam znać, że wszystko w porządku, tato. - Przerwał mu Itachi, śmiejąc się pod nosem.
Stali tak przez chwilę. Długowłosy myślał, jak ma się pożegna z bratem, jednak żaden sensowny pomysł nie wpadał mu do głowy- najchętniej nie żegnałby się w ogóle.
- No... To idź, bo Ci samolot ucieknie. - Powiedział w końcu Sasuke. Itachi spojrzał mu w oczy. Za każdy razem gdy to robił, miał wrażenie, że patrzy w lustro, albo w taflę idealnie czystej wody nie zmąconej żadnym ruchem. Nie mógł się od nich oderwać, odwrócić wzroku, ani nawet mrugnąć, bojąc się, że zaraz znikną.
Pokiwał głową i nachylił się, składając na jego ustach krótki pocałunek. Znów się zdziwił, nie wyczuwając żadnego oporu, dreszczu, ani zszokowanego ruchu. Zamiast tego zastał miękkość jego uległych warg i spokojne spojrzenie.
- Pocałunek na "do widzenia"? - Zapytał Sasuke, patrząc mu w oczy, jakby właśnie co najwyżej uścisnęli sobie dłonie.
- Nie. - Starszy pokręcił głową. - Obietnica następnego spotkania.
Na ustach Sasuke przemknął cień uśmiechu, kiedy odwrócił się i zostawił go samego, oddalając się powoli w kierunku wyjścia. Itachi przymknął na chwilę oczy, po czym ruszył w stronę samolotu.
Nie musieli się żegnać. Przecież jeszcze się zobaczą.
Pozdrawiam,
~ Rena