środa, 1 kwietnia 2015

Dzieci Podziemia 3

No siema!
Ej, nie opuściłam Was nawet na miesiąc, co się pieklicie... Przecież napisałam, że post się niedługo pojawi. Miał być w następnym miesiącu, jednak nie wyrobiłam się z nauką, a na weekend nie miałam laptopa, a ten tydzień... Chciałam choć trochę odpocząć, chyba czasem mogę, nie? :D
Zgodnie z komentarzami, napisałam trzecią część Dzieci Podziemia. Idą mi oni dość opornie, ponieważ muszę wymyślać wszystko na nowo (o poprzednim pomyśle zapomniałam, z resztą to co pamiętam mi się nie podoba), ale że na blogu pojawiał się już opis tego opowiadania, to staram się je do niego dostosowywać.
Tak w ogóle, przeczytałam drugi rozdział i... Nie. Muszę go poprawić, pierwszy z resztą też, bo tego się nie da ich czytać. Nie napiszę więcej rozdziałów DP, dopóki tego nie poprawię, więc jeżeli chcecie go szybko przeczytać, mobilizujcie mnie pod postem :p
No i ten... Jak ktoś obchodzi święta, a większość ludziów je obchodzi, chociaż ich nie obchodzą, to wesołego jajka itp, nie chce mi się rozpisywać, bo co roku i tak się pisze to samo, a Wy wiecie przecież, że ja Wam życzę dobrze niezależnie od tego, czy jest to Wielkanoc, Święto Zmarłych, czy piątek trzynastego.
Pozdrawiam!


                Był głodny.
Sasuke opadł na trawę, przyglądając się jeszcze jasnemu niebu, mimo iż było późne popołudnie. Białe chmury powoli przemierzały błękit, jakby uciekając przed tym, co ich goniło. Prawie tak, jak oni… Z jego ust wyrwało się ciche westchnienie.
Chciał porozmawiać z Itachim, chociażby przez chwilę usłyszeć jego spokojny głos, jednak doskonale wiedział, że teraz było to niemożliwe. Nie przez fakt, że dzieliły ich kilometry, to był akurat najmniejszy z problemów. Nie powinien mu po prostu teraz przeszkadzać. Chwila nieuwagi mogłaby kosztować ich naprawdę wiele nieszczęścia, a tego mają przecież już w nadmiarze. Jedyne, co by zdziałał, to rozproszył jego uwagę, a na to nie mogli sobie pozwolić.
                Szum liści dochodził do jego uszu sprawiając, że kiedy tylko przymykał oczy czuł się tak, jakby nadal był w domu. Ciepło parującej ziemi na ciele, rażące promienie słońca, które gdzie-niegdzie przedzierało się przez baldachim liści i gałęzi, to wszystko przypominało mu szczęśliwe, spokojne życie z daleka od problemów, w domu. A jednak… Okazało się, że jest ktoś, dla którego be trudu opuścił tę idyllę- jego brat.
Dopiero po jakimś czasie, którego już nie liczył, zrozumiał, że las stał się nienaturalnie cichy. Ptaki przestały śpiewać, owady bzyczeć, a z daleka nie dochodziło już echo stukania w drzewa przez dzięcioła. Jedynie liście szumiały nadal, chociaż i one zdawały się cichnąć, jakby w obawie przez czymś…
Przez ich szmer przedarł się nagle świst, przypominający wsysanie powietrza . Czarnowłosy otworzył szybko oczy i usiadł na trawie, czujnie nasłuchując, jednak dźwięk nie powtórzył się już ani razu. Nigdy nie słyszał niczego podobnego, a życie nauczyło go, że do nowych i niepewnych rzeczy należy podchodzić z dystansem, zachowując podejrzliwość, więc i tym razem tak postąpił.
Przygotowany na wszystko podniósł się powoli z trawy, na której zaczęła się już zbierać wieczorna rosa i ruszył w kierunku szuwar, cały czas będąc przy nadziei, że ujrzy tam jednak jakieś spłoszone zwierzę. Niestety, za ścianą zieleni nie było niczego. Fakt, że nie było tam nic, na co mógłby zwalić winę za ten dźwięk, wcale nie przyprawiał go o radość- wręcz przeciwnie. Spowodowało to jedynie jeszcze większy niepokój.
Zapuszczał się coraz głębiej, przechodząc między krzakami, jednak jedyne, co dzięki temu zyskał, to poczucie śledzącego go wzroku. Przykucnął, szykując się do skoku, nie miał jednak pojęcia, w którą stronę przypuścić atak, więc zrezygnował z tego pomysłu równie szybko, co na niego wpadł. Mimo to był święcie przekonany, że ktoś go obserwował. Co do tego nigdy się nie mylił.
Zawarczał głośno, ciągle usilnie próbując wyczuć czyjąkolwiek obecność, zobaczyć ruch gałęzi lub usłyszeć trzask łamanej gałązki, jednak nic takiego nie następowało. Dosłownie tak, jakby ktoś po prostu…
Poderwał wzrok w górę i wzdrygnął się ze strachu, widząc na pomarańczowym już niebie białą, mglistą poświatę księżyca.

***
Mikoto odchrząknęła cicho, zastanawiając się, jak może zacząć swoją opowieść. Poprawiła koc, który okrywał dwoje małych dzieci, siedzących na jej kolanach, wygładziła go, po czym przymknęła oczy. Postanowiła zacząć w ten sam sposób, w który zawsze zaczynała jej matka i który pamiętała z dzieciństwa. Nie sądziła, że może istnieć jakikolwiek lepszy.
  - Wieki, wieki temu, kiedy nasze plemię dopiero powoli zaczynało się układać w wielką rodzinę, rozgorzał bunt. Konflikt toczył się między dwoma grupami: tych, którzy uważali ludzi za zwierzęta i tych, którzy nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Nie minęło wiele czasu, jak zostaliśmy przez to zdemaskowani. Ludzie ginęli, a strach powodował, że zapuszczali się coraz głębiej w nasze piękne lasy i poznawali coraz więcej naszych sekretów. Wszystkie tajemnice powoli wychodziły na jaw, odkrywając nas coraz bardziej ludzkim oczom. Wybicie wszystkich opozycjonistów, którzy niedoceniali zwykłych ludzi nie przyniosło żadnych skutków. Zostaliśmy zdemaskowani, a dodatkowo nazwali bratobójcami.  Gdyby nie to, nadal żylibyśmy w naszym słodkim raju, upijając się szczęściem, jak nasi przodkowie. Sami byliśmy sobie winni. – mówiąc to, z jej ust wydobyło się ciche westchnienie, jakby wspominała tamte czasy. Prawda jednak była taka, że nawet jej pra-pra-prababka nie znała tamtego okresu. Wszystkie wiadomości trwały w ich pamięci opowiadane z pokolenia na pokolenie, od najbardziej zamierzchłych czasów. Mimo to, tęsknota za tym, czego nigdy nie było dane jej poznać i pragnienie spokojnego życia nadal tliły się delikatnie w jej sercu. – To my pierwsi zaatakowaliśmy ludzi, chcąc więcej, niż było nam to potrzebne. Nie można podzielić nas na dobrych i złych. Wszyscy mamy taki sam udział w tej zbrodni, jak i zesłanej karze. To my zasialiśmy strach w ich sercach, my, nasze plemię, więc i my musimy teraz nieść ten ciężar.
Po świecie zaczęły krążyć plotki o potworach, istotach wychodzących prosto z piekła, siejących zniszczenie, śmierć i ból. Zaczęto utożsamiać nas z cierpieniem i wszystkimi nieszczęściami, jakie spotykały ludzkość. Byliśmy sprawcami wojen, epidemii, a najgorszych złoczyńców palono na stosach, wmawiając ludom, że są jednymi z nas, żyjącymi w ukryciu. Wołano na nas Dzieci Podziemia.
Sasuke poruszył się niespokojnie na jej kolanach, jak zawsze, kiedy dochodziło do tego momentu w historii. Jak na swoje pięć lat był bardzo wątłym chłopcem, choć jego aż nadto rozwinięty intelekt, tak jak jego brata, był dumą całej rodziny. Nadal mimo wszystko był jedynie pięcioletnim dzieckiem, które nie do końca potrafiło rozumieć okropności tej opowieści. Itachi natomiast zawsze słuchał uważnie i zdawał się rozumieć każde wypowiadane przez nią słowo, choć był jedynie o połowę starszy od najmłodszego z ich dzieci. Od zawsze był… Inny. Oboje byli. Mimo dumy którą czuła, jej matczyne serce i tak krwawiło. Taki ciężar, ciężar zbyt szybkiej dorosłości, która jest im pisana, nie był szczęśliwy dla nikogo.
  - Niedługo później ludzie odkryli naszą kolejną, tym razem najważniejszą tajemnicę. Dowiedzieli się, jak nas pokonać. – kontynuowała - Bo jedyną rzeczą, która kiedykolwiek mogła i może nam zaszkodzić, jest blask księżyca. Od tamtej pory przestaliśmy być bezpieczni. Jedynie w dzień mogliśmy bez obaw się poruszać, bo ludzie w walce nie mieli z nami żadnych szans.
Mijały lata, coraz bardziej spokojne, jednak tylko nieliczni z nas podejrzewali, że jest to cisza przed prawdziwą burzą. Ludzie odkryli melodię księżyca, pieśń, która naginała światło do ich woli. Mogli je formować, wydłużać  promienie, a nawet oplatać nim broń, dzięki czemu stali się prawie równymi nam wojownikami. A może raczej: myśliwymi. Najmniejsza ilość nocnego światła potrafi każdego z nas pozbawić zmysłów, a w końcu zabić. Powala nawet najsilniejszych, nie patrząc na nic, jak czarna śmierć. Żaden z nas nie potrafi się tego ustrzec.
Zamknęła oczy, aby usunąć spod powiek obraz prześladujący ją od najmłodszych lat. Obraz umierającego na niej ojca, który ochronił ją własnym ciałem przed śmiertelnym blaskiem. Obraz martwego ciała taty, pod którym przysięgła mu spełnić całą noc, aż do samego rana.
 - Na dzisiaj to koniec, dzieci. Itachi, zabierz brata do łóżka. – powiedziała, wymuszając na ustach uśmiech. Starszy syn skinął głową, posłusznie biorąc młodszego za rękę i prowadząc do pokoju. Patrząc na nich, z jej oczu spłynęło kilka łez. Teraz rozumiała, dlaczego jej ojciec to zrobił, mimo iż nigdy nie okazywał jej nadmiernej miłości. Dla nich- dla tych dwóch małych urwisów- zrobiłaby o samo.

***
Sasuke odgarnął ze swojej twarzy długie włosy brata, które wsuwały mu się do ust, kiedy próbował złapać oddech między kolejnymi jękami. Spojrzał na niego z miłością, na jego czerwone usta wygięte w uśmiechu ekstazy, na lśniące czernią oczy i połyskujące w świetle zachodzącego słońca drobinki krwi na jego policzkach i szyi. Kiedy wrócił po polowaniu… Był najszczęśliwszy na świecie. Zawsze, kiedy go widział, był najszczęśliwszy, jednak kiedy widział go bezpiecznego po tak długiej rozłące, jego szczęście nie miało już granic. Reszta potoczyła się szybko…
Trawa i ostre kamienie polany wbijały się w miękką skórę pleców, jednak nie czuł żadnego bólu. Odnalazł po omacku jego usta i wpił się w nie wygłodniale, jak głodne zwierze. Biorąc pod uwagę ich naturę, niewiele się od nich różnili, jednak raczej nikomu to nie przeszkadzało. Co za zbieg okoliczności. Kto by pomyślał. Kiedyś toczyły się spory nad decyzją o zwierzęcej naturze ludzi, a teraz taki bezwartościowy śmieć jak on doszedł do wniosku, że to właśnie oni są zwierzętami. W tej chwili obaj nie tylko zachowywali się jak zwierzęta- byli tak samo jak one ofiarami, czekającymi na myśliwych. Polował na nich każdy. Jedynymi osobami, które nie patrzyły na nich oczami łowców, byli oni sami.
Ciepła ręka przysłoniła mu usta, powstrzymując od głośnego krzyku, kiedy ciało spięło się w największej przyjemności. W chwili, gdy poczuł w sobie gęste spełnienie brata, po jego ciele przeszła cudowna fala uniesienia.
 - Kochanie… Sasuke. Dziękuję. – usłyszał tuż przy uchu, wyczuwając na nim gorące powietrze z szybkiego oddechu.
Za każdym razem, kiedy to robili, czuł przerażenie na myśl o ogromnej sile tego doznania. Przestawał myśleć nad czymkolwiek innym, jego umysł wypełniały jedynie te cudowne chwile, które spędzał tuż pod nim lub na nim. Jednak mimo strachu, jakim go to napawało, uwielbiał te uczucie. Uwielbiał trwać w jego nagich, silnych ramionach, uwielbiał być przygniatany słodkim ciężarem jego ciała i zalewany niespotykaną przyjemnością, którą mógł go obdarzyć tylko on. Itachi.
Położył się wygodnie na plecach, nie otworzywszy oczu i nie wypowiedziawszy ani słowa. Czy był sens? To, co właśnie się stało, wyrażało więcej, niż wszystkie słowa, które kiedykolwiek wypowiedzieli.
Kiedy uchylił w końcu powieki i usiadł na trawie, rozbudzony chłodem wieczoru, niebo było już całkowicie ciemne, a daleko, daleko na wschodniej jego części, świecił księżyc, niekiedy przedzierając się swoim blaskiem przez liście drzew poruszane wiatrem.
 - Chodźmy. Musimy sobie znaleźć coś na noc. – powiedział, wstając z ziemi i szybko nakładając na siebie ubrania, lekko zwilżone nocną rosą. Miał złe przeczucia. Nie powinni spędzać tyle czasu, odsłonięci na wszystko i wszystkich, w samym środku lasu. Takie zachowanie było co najmniej nieodpowiedzialne i nierozsądne.
 - Spokojnie. Panuję nad wszystkim. – odparł długowłosy na jego słowa, widząc niepokój w czarnych oczach . Nałożył bez pośpiechu ubrania i przeczesał palcami grzywkę, która opadła mu na oczy.
Sasuke podszedł bliżej, dotykając gołej skóry brata, która prześwitywała przez rozszarpaną dziurę w rękawie koszuli. Popatrzył mu w oczy, marszcząc brwi.
 - Nie mówiłeś nic, że się zraniłeś. – zbeształ go.
Mimo iż w tym miejscy skóra nie była nawet zaczerwieniona, doskonale wiedział, że jeszcze kilka godzin temu świeciła tu, sądząc po fakcie, jak poszarpana była koszula w tym miejscu, dość głęboka rana. Ich organizmy regenerowały się bardzo szybko, szczególnie, jeżeli rana powstała w trakcie lub tuż po polowaniu.
 - Nie martw się, kochanie… to nieistotne. – Itachi pokręcił głową, głaszcząc go po bladym policzku. – Spójrz, już nawet nie ma śladu.
Sasuke westchnął i chwycił jego dłoń, prowadząc go w kierunku zachodu, jak najdalej od blasku bijącego z nieba.


poniedziałek, 16 marca 2015

21. Bliźniaki.

Hej, hej, hej!
Dawno mnie tu nie było, ale mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Tak, opieprzałam się przez ten czas, jeżeli chodzi o bloga, jednak miałam tyle roboty, że jedyne, w co chciałam włożyć ręce to kwas. Szkoła mnie dobija, ale postaram się to bardziej opanować. Muszę. Musicie we mnie uwierzyć i mnie trochę zmotywować, bo nie chcę się poddać, a czasem jestem bliska.Ale w końcu się udało. Usiadłam, napisałam, miało być dłuższe, ale stwierdziłam, że koniec w tym momencie będzie odpowiedni. Rozdział jest i tak rekordowo długi, ma równo 5 stron A4, a to według standardów tego bloga jest sporo, o ile nie najwięcej, ile dotychczas było.
Już nie ględząc, wstawiam Wam opko, tylko jeszcze mam jednego interesa... Napiszcie mi proszę czy wolicie, aby następnie ukazał się kolejny rozdział zapomnianego już opowiadania "Dzieci Podziemia", czy wolicie 22 częś "Kwiatów...", bo nie wiem, nad czym teraz myśleć.
Zachęcam też do klikania w link podany na końcu, aby być na bieżąco.
Pozdrawiam, mam nadzieję, że zobaczymy się za niedługo!




Czuł się cholernie dziwnie, śpiąc samotnie na łóżku.
Tak, wygonił go na podłogę. W sumie, Itachi sam tam poszedł spać, a on po prostu mu w tym nie przeszkodził, mimo iż teraz czuł się co najmniej jak dzikus. Niby po tym co się między nimi wydarzyło, po całym dniu, który spędzili głównie na rozmowie i pocałunkach, nie powinien mieć żadnych obiekcji do spędzenia wspólnie nocy. Z resztą nikt przecież nie powiedział, że spanie w jednym łóżku musi kończyć się koniecznie na jednym, jednak warto dmuchać na zimne, nie? Nic im nie zaszkodzi.
Ranek był dość ciężki. Spał krótko i pomimo iż wygodnie, obudził go okropny ból głowy. Z jękiem podniósł się z łóżka i spojrzał na siedzącego w fotelu brata, który przyglądał mu się z wkurwiającym uśmiechem.
 - Daj mi dragi na łeb. – rzucił, mrużąc przy tym oczy. Światło słoneczne było równie wkurwiające co ten bezczelny uśmiech, chociaż w tym momencie to ono było problemem numer jeden. – I zasłoń te cholerne rolety, jest wschód słońca, szósta rano… Człowieku… - westchnął, spoglądając na zegarek elektroniczny, stojący na szafce nocnej, po czym z powrotem opadł na poduszki. Rzadko się budził o tej godzinie, nawet kiedy miał wcześnie wykłady. Zebranie się do szkoły zazwyczaj zajmowało mu dziesięć minut, więc po co skracać swojemu ukochanemu organizmowi czas regeneracji?
 - I dobrze. Wstawaj, dzisiaj wielki dzień. – powiedział starszy z braci, podnosząc się z fotela i podchodząc do jednej z szafek. – Ibuprofen, Paracetamol, Morfina?
 - Wszystko naraz. – odpowiedział Sasuke, przyglądając się mu z konsternacją i łapiąc rzucony w jego stronę listek tabletek. Mimo wszystko, postanowił poczekać z pytaniami do czasu, aż nafaszeruje się chemią. Wziął ubrania i poszedł do łazienki aby się ubrać i popić tabletki kranówą, bo właśnie dotarło do niego, że nawet nie wie, gdzie jest kuchnia.
Kiedy wrócił, łóżko i materac były już pościelone, na szafce stał talerz z kanapkami i filiżanka herbaty, nad którą unosiła się para. Rozejrzał się po pokoju. Długowłosy stał oparty o parapet, tyłem do niego. Szczerze powiedziawszy, spodobał mu się ten obrazek. Był spokojny, prosty, jakby przerysowany z jakiegoś realistycznego obrazu, jednak na swój sposób piękny. Chciał do niego podejść i objąć, jednak Itachi okazał się być szybszy. Odwrócił się w jego stronę i wbił w niego wzrok. Wzrok, którego Sasuke znów nie potrafił zrozumieć.
 - Co to za wielki dzień? – zapytał, siadając na fotelu. Głowa nadal go bolała, jednak wątpliwości na twarzy starszego brata sprawnie dawały mu o tym zapomnieć. Cisza, która zapadła szybko zaczęła działać mu na nerwy, więc ponowił pytanie. – Co to za dzień?
Długowłosy podszedł bliżej i usiadł na brzegu łóżka, po czym oparł łokieć o kolano, a brodę o dłoń i spojrzał mu w oczy.
 - Jak bardzo mi ufasz?

***

Jechali dość długo. Po jednej stronie mieli las, a po drugiej pola rzepaku, zbóż, kukurydzy i sałaty. Oczywiście nie było dane mu się dowiedzieć gdzie jadą, jednak nie miał wyjścia. Przez czas spędzony z Itachim nauczył się już, że wszczynanie kłótni jest bezcelowe, a zadawanie jakichkolwiek pytań -zbywane milczeniem, zmianą tematu lub tymi jego filozoficznymi wywodami. Mimo iż na pytanie o zaufaniu odpowiedział kategorycznym „Chyba Cię pojebało.”, wiedział, że są sprawy, w których musiał przemóc swoją nieufność. Nie lubił, kiedy ktoś nim sterował, jednak już dawno doszedł do wniosku, że nie warto się sprzeciwiać.
Moment, w którym Itachi się odezwał był tym, który chciałoby się wpisać do kieszonkowego kalendarza dużymi, kolorowymi literami.
 - Jedziemy do Cardiff, stolicy Walii. – powiedział nagle, nie spuszczając wzroku z drogi.
 - Wiem, co to Cardiff. – przerwał mu Sasuke, zanim zdążył ugryźć się w język i dać mu skończyć. No cóż, charakter. Z niektórymi przyzwyczajeniami nie da się walczyć.
  - Mamy stamtąd odebrać dwójkę chłopców… I zawieźć ich w pewne miejsce. – wytłumaczył starszy, nic nie robiąc sobie z jego niekulturalnej wstawki. Dwudziestolatek spojrzał na niego z niezrozumieniem.
 - Co to za chłopcy? I po co mamy ich zawozić?
Itachi milczał chwilę, po czym wziął głęboki wdech i wyrzucił z siebie słowa, które tylko jeszcze mocniej pogrążyły go w niepewności.
 - Dowiesz się w swoim czasie.
Młodszy westchnął i oparł głowę o zagłówek fotela. Zamknął oczy i wsłuchał się w ryk silnika, usiłując poskładać wszystko w logiczną całość, jednak chwilowo było to niemożliwe, z dwóch powodów: miał nadal za mało informacji, a głowa wciąż nieprzyjemnie pulsowała.
Reszta podróży minęła im w milczeniu. Dopiero po ujrzeniu zielonej tabliczki z napisem „Cardiff” do jego głowy zaczęły napływać jakiekolwiek myśli, jednak całkiem odbiegające od dzisiejszych wydarzeń i bardziej skupiające się na wczorajszym popołudniu.
Ze zdziwieniem musiał przyznać, że teraz, kiedy znów o tym pomyślał, zaczynało mu brakować tego wszystkiego, co miało miejsce wczoraj:  rozmowy z nim, słuchania o uczuciach, kwestiach, pierdołach, przyczynach i skutkach oraz… pocałunków. Miał cholerną ochotę powiedzieć mu, aby się zatrzymał, zamiast tego jednak milczał i siedział sztywno na fotelu pasażerskim. Jego dłoń była tak blisko… Dlaczego nie miałby jej dotknąć? Dlaczego nie miałby położyć na niej swojej dłoni? Może dlatego, że się bał?
 - Nie pocałowałeś mnie dzisiaj.
Powiedział to tak raptownie i tak bezmyślnie, że sam nie za bardzo wierzył w to, że te słowa wyszły właśnie z jego ust. Przygryzł wargę, a nagłe szarpnięcie samochodu w lewo sprawiło, że zrobił to za mocno. Ostre zęby przeszyły mięsień, przez co poczuł w ustach odrobinę krwi. Zatrzymali się gwałtownie na poboczu, co wywołało w nim nagły, wręcz irracjonalny strach. Poczuł z tyłu głowy szarpnięcie za włosy, które zmusiło go do spojrzenia w stronę brata.
Czy to pytanie było błędem? Co się teraz stanie? Przez myśl przeszło mu, że dostanie w twarz, albo odbije się głową od szyby, jednak nic takiego nie miało miejsca. Zamiast tego poczuł na ustach miękki, jednak niedelikatny pocałunek. Tak bardzo odstawał od tych, które czuł wczoraj… Oddawał go z pasją, czerpiąc z niego siły na kolejne godziny egzystencji w niepewności. Zapomniał o bólu głowy, o nadgryzionej wardze i o tym, że znów wpakowano go w coś, o czym nie miał bladego pojęcia. Nie liczyło się już nic ponad ten pocałunek. W tej chwili był w stanie wybaczyć mu każdy brak odpowiedzi, ba. W tym stanie nie chciał nawet ich poznać.
                Kiedy Itachi odsunął się od niego, trzymając jednak nadal jego włosy, nie potrafił odwrócić wzroku. Znowu to czuł… Pożądanie, którego nie potrafił opanować. Ciekawość, niepohamowaną ciekawość, chęć zasmakowania jego dotyku i upajania się jego ciałem. Doskonale wiedział, że długowłosy właśnie to widział teraz w jego oczach, nie krępowało go to. To w końcu to właśnie przez niego zaczynał odnajdywać w sobie te chore, jednak jakże przyjemne uczucia. Fakt, że w jego oczach dostrzegał teraz to samo, był tylko jednym z wielu argumentów, przez które nie czuł żadnego wstydu.
Ruszyli dalej. Między nimi znów panowała cisza, tym razem jednak była ona tak przyjemna, że nawet przez myśl mu nie przeszło, aby przerywać ją jakimkolwiek pytaniem. Pewnie i tak nie dostałby odpowiedzi.

***
                Kiedy dojechali na miejsce, Sasuke skierował na brata pytający wzrok.
Zatrzymali się  pod jakimś obskurnym hostelem, a przez kilka drobnych szczegółów, takich jak czerwone rolety, przygaszone światła oraz ogromny baner z napisem „Paradise Kiss”, chłopak mógł spokojnie stwierdzić, że miejsce należy do tych z rodu przybytków rozkoszy, potocznie zwanych przez pospólstwo burdelami.
 - Serio? – zapytał, chcąc poznać sens zatrzymywania się w takim miejscu, brat jednak uciszył go gestem dłoni, spoglądając na zegarek. Wskazał brodą bez słowa na drewniane drzwi budynku , jednak nic się nie stało. Dopiero po dziesięciu minutach drzwi rozchyliły się, niczym nogi jednej z tanich dziwek, które zapewne tamże pracowały i wychylił się z nich (Z drzwi, a nie z nóg.) ogr. No, może nie tak do końca, jednak pierwsze skojarzenie Uchihy było właśnie takie. Facet był nieludzko wieki, a w ciemności ulicy jego twarz zdawała się być nienaturalnie blada, wręcz sina, jak u Norwega, któremu ktoś kazał czekać na śniegu przez trzy dni w samym tylko worze pokutnym. Miał strasznie zdeformowaną twarz, jakby policzki spływały mu z twarzy, przez co lekko przypominał rybę. Kiedy podszedł do samochodu i zapukał w okno po stronie kierowcy, Sasuke nie mógł się nadziwić, jak bardzo trafne było jego skojarzenie: Mężczyzna miał strasznie spiłowane zęby, które przypominały paszczę rekina, a wielkie usta w około nich dawały jeszcze bardziej okropny efekt. Dopiero po tym, jak szyba zsunęła się w dół, zrozumiał, czemu jego twarz zdawała mu się być tak zdeformowana- facet był poparzony. Widok był naprawdę nienaturalny i przerażający, więc odwrócił twarz w drugą stronę, aby nie musieć na niego patrzeć.
 - Wybacz za poślizg, szefuńciu. Zaraz tu będą. – zaśmiał się wielkolud-ryba, a Sasuke, mimo iż nie spoglądał w jego stronę, potrafił sobie wyobrazić jego uśmiech bez trudu. – Jak tam podróż?
 - Dobrze, Kisame. Co się stało? – zapytał Itachi, a najmłodszy odetchnął cicho. Spokojny głos brata przyjął z ulgą, gdyż  gruby baryton sinoskórego faceta był równie straszny co jego wygląd. Nie chodziło o to, że się go brzydził, albo mu nie współczuł. Miał jeszcze resztki serca i kultury, jednak ten widok zrobił na nim naprawdę duże wrażenie. Nie codziennie widuje się zdeformowanych ludzi, którzy dodatkowo wykorzystują swój, nie oszukujmy się, w tym wypadku- straszliwy wygląd, aby straszyć. Większość ludzi próbowałaby to ukryć.
 - Jeden próbował uciec przez okno i trochę się poharatał szybą. Kakuzu go opatruje.
Itachi wydał z siebie ciche westchnięcie, które nie uszło uwadze jego brata.
Uciec? Dlaczego ten chłopak miałby uciekać? Zmuszają go do bycia dziwką, czy co? Nie dane mu się było tego dowiedzieć, ponieważ w tamtej chwili z budynku wyszedł jeszcze dziwniejszy człowiek, prowadząc za sobą dwóch rudowłosych knypków. Za nimi, ku jego zdziwieniu, szedł Hidan.
Nie wiedział dlaczego, jednak już wtedy zaczął im współczuć, zanim jeszcze poznał całą prawdę.

***

 - Nie odzywaj się do nich. – zgromił go Itachi, kiedy padło pierwsze pytanie w stronę rudowłosych bliźniaków. Nie wiedzieć czemu, Sasuke skulił się w sobie, czując się jak dziecko ganione przez matkę. Jego ton był władczy, pewny, dokładnie taki, którego jeszcze nigdy nie słyszał z jego ust w odniesieniu do siebie. Przestraszyło go to, jednak starał się trzymać pewnie i nie dać tego po sobie poznać. Zaraz wyprostował się, zacisnął dłonie w pięści i spojrzał na niego wyzywająco.
 - Bo?
 Nie lubił, kiedy mu przeszkadzano. Może Itachi skąpił mu informacji, jednak teraz nadarzała się doskonała okazja, żeby dowiedzieć się czegokolwiek. Jaki normalny człowiek, żyjący w niepewności tyle czasu co on, odpuściłby tak ławo, nawet nie próbując jej wykorzystać?
 - Bo będę musiał ich zakneblować, a tego chyba nie chcesz. Jeszcze się poduszą. – rzucił długowłosy, posyłając mu spojrzenie, mówiące : „Stul się, dla ich dobra.”.
 Ok, to było dziwne.
Posłusznie zamilkł, wpatrując się w drogę przed sobą.  Ta sytuacja była naprawdę ciężka, a powrót okazała się być dużo trudniejsza niż myślał. Ba. Miał nadzieję, że właśnie on wniesie coś do jego informacji, jednak zamiast tego, w jego głowie kotłowało się jedynie jeszcze więcej pytań.
Bracia, bo na takich wyglądali niezaprzeczalnie, siedzieli cicho na tylnych siedzeniach. Z ich ust nie wydobył się żaden dźwięk, przez co Sasuke co chwila zerkał na nich, aby upewnić się, że nadal tam są. Ich miny nie wróżyły nic dobrego- wystraszeni, byli pewnie w jeszcze większej niewiedzy, niż on sam. Mało pocieszająca myśl. Dopiero w połowie drogi jego mózg zaczął pracować i wiązać niektóre fakty.
 - To zakładnicy? – zapytał starszego brata, nie odwracając jednak wzroku w jego stronę.
 - Nie.
Odpowiedź była szybka, zbyt szybka i stanowcza. Czuł, że nie powinien zadawać więcej pytań, jednak one same napływały do jego ust.
 - Żywy towar?
Chwila milczenia, przerwana jedynie cichym jękiem dochodzącym z tyłu. Sasuke spojrzał w boczne lusterko. Jeden z braci był nienaturalnie blady, opierał głowę na ramieniu drugiego, siedzącego sztywno na swoim miejscu. Chyba nie tylko on zaczął kojarzyć, co się dzieje. Może naprawdę lepiej by było, gdyby zamilkł.
 - Sasuke, możesz łaskawie się zamknąć? Prowadzę. – Rzucił Itachi, jednak na jego twarzy nie widać było zdenerwowania, ani gniewu. Jedynie… Współczucie? Było to wystarczająco wiele, aby zrozumiał.
Resztę drogi siedział w ciszy.
Po około godzinie z powrotem znaleźli się na rozpoznawalnej już przez młodszego drodze wjazdowej do Londynu. Zdziwiło go jednak, że zamiast jechać prosto, skręcili w lewo, na jedną ze zwykłych dwupasmówek. Jechali tak długo, aż po obu stronach drogi wyrosły ściany lasu, po czym skręcili w ledwie widoczną drogę, zakrytą wielkimi paprociami.
Po dziesięciu minutach błądzenia na ujeżdżonej przez samochody drodze, zatrzymali się przed jakimiś krzakami. Itachi zgasił silnik i obrócił się w stronę Sasuke, rzucając na jego kolana kajdanki.
 - Zakujesz ich razem i poprowadzisz do budynku za tymi krzakami. – powiedział, patrząc mu w oczy. Dwudziestolatek nie za bardzo ogarniał, co się dzieje, więc nawet nie mrugał, wpatrując się w niego jak cielę.  – Zamkniesz drzwi na zasuwę, i będziesz czekał, aż Nagato i wyda Ci polecenia. Zrozumiałeś?
W gardle krótkowłosego wyrosła dziwna gula, przez którą zbierało mu się na wymioty. Nie podobał mu się ten ton. Nic mu się nie podobało. Ani jego rozkazy, ani srogi wzrok, nic. Nie wiedział, dlaczego ma to robić, co się dzieje teraz ani co się sanie później. Skinął tylko głową i chwycił w zesztywniałe dłonie srebrne kajdanki.
 - Musisz to zrobić, Sasuke. – usłyszał, kiedy spuścił już wzrok i chwytał za klamkę. Nie spojrzał jednak na niego, pozwalając mu dokończyć w spokoju myśl, którą wypowiadał już dużo delikatniej. – Proszę, nie sprzeciwiaj się mu. Rób wszystko dokładnie tak, jak mówi. – w jego głosie nie słychać było zrozpaczonego błagania, jakby właśnie wysyłał go na super-kurewsko-wyjebiście trudną misję, z której mógł nie wrócić, żegnając go słowami „Tylko uważaj na siebie.”. Był to raczej ton, który miał go przestrzec przed popełnieniem kolejnego błędu i sprowadzenia na nich obu największej teraz kary- kolejnej utraty. Musiał to zrobić, chociaż nie za bardzo wiedział, co dokładnie mieściło się w ramach słowa „to”.  Wyszedł z samochodu i otworzył jedne z tylnych drzwi. Promienie słońca padły na rudowłose postacie, oświetlając ich przerażone oblicza, po wysłuchaniu rozmowy sprzed chwili. Jakoś mało go to już obchodziło.
 - Ręce. – zagrzmiał, patrząc na nich z góry bezlitośnie.
Wystawili je od razu, a z ich twarzy zniknęła nadzieja, która jeszcze chwilę temu przyświecała w dwóch parach zielonych, wpatrzonych w niego oczu.



środa, 18 lutego 2015

Vanitas vanitatum ! Źle, ale stabilnie.

Marność nad marnościami... Może widzieliście już post na kwiatowym fanpage'u, a jeżeli nie, wstawiam ją Wam też tutaj~

Cześć, karaluszki.
Mam niestety złe wiadomości... Ale spokojnie, to chwilowe.
Jako iż nauczyciele w szkole podostawali skrętu jajników/ jajowodów itp, do niedzieli nie napiszę NIC, a miałam zamiar. Okazało się na dodatek, że jest organizowany nabór na wolontariat dziennikarski, a to mi będzie cholernie bardzo potrzebne do studiów i po prostu MUSZĘ spróbować, MUSZĘ. Wybaczcie mi, jednak ta praca jest chwilowo ważniejsza niż całe moje życie i marzę, aby się tam dostać, więc... Naprawdę, wybaczcie :C
Nowy rozdział pojawi się jednak dopiero ok. 10 marca, chyba, że wcześniej skończę artykuł i te wszystkie pierdoły... Trzymajcie więc kciuki.
Bloga oczywiście nie zawieszam, cały czas myślę nad nowym rozdziałem.
No i dziękuję za tyle komentarzy pod poprzednim postem, pobiliście blogowy rekord, dziękuję!
Pozdrawiam,
Rena~
Do marca :)

środa, 21 stycznia 2015

20. Odpowiedź.

Hej, hej, hej ^^
Jest piątek, 22 styczeń, ferie zaczynają się jutro, więc się wyrobiłam xD Mam nadzieję, że nie będziecie źli, szczególnie iż ten rozdział może Wam się bardzo spodobać, no i poprawiłam się jeżeli chodzi o czas pomiędzy notkami, to pewne. Postaram się aby ten stan się utrzymał na długo. A teraz uwaga, mam dla Was kilka ogłoszeń parafialnych.
Po pierwsze... Hertazenko! Nawet nie wiesz, jak bardzo poprawiłaś mój humor w Sylwestra, dodając aż osiemnaście komentarzy na bloga. To było bardzo miłe :3 Podziwiam Cię za o, że Ci się chciało, każdy oczywiście przeczytałam. Wybacz mi, że nie odpisałam, jednak było tego tak wiele, iż postanowiłam zebrać wszystkie odpowiedzi w jeden komentarz i wstawić go w odpowiedzi pod 19 rozdziałem. Pojawi się, jak tylko dostanę wifi, bo jest długi i nie chce mi się go przepisywać z telefonu na komputer, wybacz xD Powinien się pojawić niebawem.
Po drugie- nie wiem, kto to zrobił, jednak bardzo dziękuję anonimowemu czytelnikowi za to istnie cudowne pytanie na asku (Chociaż tak na prawdę była to zwykła opinia, ale cii...) o tym, że podoba Ci się mój blog. Jeżeli to czytasz, daj chociaż znać pod postem, abym wiedziała kim jesteś =3
Po trzecie, zaczęłam publikować swoje opowiadania na pewnym blogu, jednak nie moim, tylko prowadzonym przez kogoś. Są tam nie tylko moje opowiadania, ale też wiele innych, naprawdę ciekawych, a tematyką jest seria o Percym Jacksonie, którego jestem wielką fanką, może ktoś zna? ^^
Link do bloga: rickriordan.pl
Linki do moich opowiadań:
"Pójdziemy razem"
"Światło"
"Autorytet" (nie yaoi)
Jeżeli chcecie, będę przy okazji następnych postów wstawiać także linki do tych opowiadań, ponieważ nie zamierzam zaprzestać ich tam wysyłać :)
No i po czwarte- dobiliśmy w końcu do 20tego rozdziału! Strasznie się cieszę, ponieważ jest to jedno z moich największych osiągnięć, a to wszystko dzięki temu, że mnie mobilizujecie. :3
PS. Pod poprzednim postem przełamaliście granicę, znalazły się tam nie cztery, lecz pięć komentarzy. Dziękuję :3
Miłego czytania!




   Czekanie było jedną z najgorszych kar, jaką można narzucić komuś, kto całe swoje życie miał podstawiane wszystko pod nos. Tak jak te dwa tygodnie minęły mu stosunkowo szybko, ponieważ doskonale wiedział, kiedy znów się zobaczą, tak teraz, kiedy nie miał o tym pojęcia, ostatnie kilka godzin, które spędził w „swoim” pokoju, napawały go nerwowymi mdłościami.
Ile jeszcze ma tu czekać?
Opadł na łóżko i odetchnął głęboko, zastanawiając się nad czymś, co chociaż na chwilę odwiodłoby jego myśli od tego, na co tak usilnie czekał. Musiał coś zrobić… Tylko co?
Wyszedł z pokoju i zaczął błądzić po willi, bez trudu omijając rejony bliskie do gabinetu Nagato. Szczerze, nie miał zbyt wielkiej ochoty na spotkanie z rudym… Odkąd gościu przyłożył mu lufę do czoła, mimo iż pistolet był nienaładowany i nie miał zamiaru pozbawić go życia, po prostu go znienawidził. Możliwe, że na wszystko miał wpływ ten dziwny rodzaj strachu przed tajemnicami, którymi ostatnio zostało oblepione całe jego życie. Nikt raczej nie lubił, kiedy ustalano za jego plecami kolejne dni jego egzystencji.
   Pierwsze uchylone drzwi okazały się sporym błędem. Złapał za klamkę i pchnął je w chwili, kiedy po pomieszczeniu skrytymi za drewnem rozniósł się głuchy jęk, który w jego mniemaniu nie usiłował być nawet przytłumiony. Mrugając z zaskoczenia, wlepił niezrozumiałe spojrzenie w Hidana, trzymającego na kolanach roznegliżowanego blondyna z rozpuszczonymi na plecach włosami. Mimo iż chłopak siedział tyłem do niego, bez żadnego trudu rozpoznał w nim jednego z najmniej lubianych przez siebie i z czystą wzajemnością, członka Akatsuki- Deidarę.
Pluł sobie w twarz, że przeszkodził im w takim momencie, dopóki nie przypomniał sobie kilku faktów które rzucały mu się na myśl, kiedy patrzył na białowłosego. Kiedy skojarzył jego podchody, całą tę szopkę z usiłowaniem bycia blisko i dziwnymi gestami, poczucie winy zniknęło. Miał ochotę obrzucić go mocno zgniłym mięsem, jednak jego godność kazała mu ograniczyć się do szyderczego uśmieszku, który miał za zadanie wywołać u faceta skruchę i pomieszanie. Nawet nie wiedział, jak naiwny okazał się, myśląc w ten sposób.
 - Cześć, Sasu. Chcesz się przyłączyć?
Jedno, jedyne pytanie, które wypadło z ust Hidana, wmurowało go w podłogę, przebiło się przez piwnicę i zapewne nieodwołalnie ugrzęzło w warstwie skalnej trzynaście metrów pod powierzchnią ziemi.
Liczył na zmieszanie z jego strony, ewentualnie obrzucenie wiązanką bluzgów, butów i innych rzeczy, które mogłyby napatoczyć się pod rękę im obojgu, jednak taki obrót spraw całkowicie zbił go z tropu. Sam fakt, że białowłosy ma kogoś i tak perfidnie szmaci go przed wszystkimi, w tym nim samym, był wystarczająco wstrząsający, jednak propozycja, którą usłyszał…
 - Chyba Cię coś boli. – Rzucił pogardliwie, wychodząc z pokoju i kierując się w bliżej nieokreśloną stronę.
   Czy im wszystkim tutaj brak jakiejkolwiek, chociażby szczątkowej moralności? Rozumiał, że jest to bardzo dziwne zgrupowanie i straszenie bronią, w ogóle noszenie je przy sobie i ukrywanie się przed całą państwową policją, która stoi Ci na ogonie jest na porządku dziennym, jednak najnowsze fakty, które dopiero poznawał, mówiące o tym, co dzieje się pod tym dachem, były nowością. Dość rażącą.
Skoro ta garstka ludzi, których stąd poznał, nie ma w sobie krztyny moralności, nie był pewny, czy chce poznać resztę.
   Zdenerwowany postanowił wrócić do pokoju i wziąć kąpiel, która z całą pewnością po tym wszystkim mu się należała. Itachi miał przy pokoju sporą, dobrze oświetloną łazienkę z ogromną wanną i jeszcze większym lustrem. Co prawda mógł skorzystać z prysznica, jednak alternatywa poleżenia chociaż kilka minut w przyjemnej wodzie pachnącej cyprysem była zbyt kusząca. Spragnione odpoczynku ciało dwudziestolatka od razu poddało się rozkosznemu ciepłu.
   - Nie za wygodnie Ci?
Niedługo po tym, jak wszedł do wanny, po pomieszczeniu rozniósł się głęboki, ostatnimi czasy tak bardzo wyczekiwany przez niego głos. Starszy nie oszczędził mu odrobiny rozbawienia, którego nie usiłował nawet zamaskować. Doskonała akustyka prawie pustego, okafelkowanego aż pod sam sufit pomieszczenia nasiliła echo, a każdy kąt zdawał się rozbrzmiewać czystym dźwiękiem.
Sasuke zamknął oczy, uśmiechając się lekko pod nosem.
 - Nie… Jest w sam raz. – Odpowiedział po chwili udawanego zastanowienia. Obrócił głowę w lewo, aby w odbiciu lustra zobaczyć, gdzie stoi jego brat.
Wanna była wystarczająco wysoka i było w niej wystarczająco wiele piany, żeby mógł podejść znacznie bliżej, on jednak stał przy drzwiach, zapewne nie chcąc być znów posądzonym o zboczenie. Taka sytuacja była jednak dla młodszego odpowiednia- Itachi zachowywał odpowiedni dystans, nawet jeżeli ich wcześniejsze zachowanie mogłoby w zwyczajnych warunkach ujść za pozwolenie mu na więcej, niż patrzenie się na tył jego głowy i odbicie twarzy w tafli lustra. Starszy dawał mu kontrolę, możliwość wyboru, co mu jak najbardziej odpowiadało.
   Kiedy znów zamknął oczy, usłyszał cichy śmiech i trzask zamykanych drzwi.

***

   To nie tak, że był zboczeńcem.
Bez bicia przyznał się, że życie w Akatsuki dawało wiele do myślenia. Można by godzinami zastanawiać się, gdzie w tej zapyziałej mafii kończy się człowieczeństwo, a gdzie zaczyna absurd, jednak byłoby to co najmniej głupie zachowanie. Jeżeli dałoby się to stwierdzić, zajęłoby to na tyle dużo czasu, aby uznać to za bezsens.
   Nie chodziło o to, że był święty i wyróżniał się na tle tych pajaców, po prostu nie wiedział, że on tam jest, że leży w tej cholernej wannie. Mimo to, nie sądził, że gdyby o tym wiedział, nie zrobiłby tego samego ponownie.
Starał się zachować odpowiednią odległość, co okazało się nie być takim prostym zadaniem, jakim się wydawało- sam często dystansował innych do siebie, mimo iż w zwyczaju to on gwałcił ich prywatność bez najmniejszego mrugnięcia okiem. Był do tego tak przyzwyczajony, że powoli zapominał o granicach i dużo wysiłku kosztowało go przypomnienie ich sobie, a jeszcze więcej- trzymanie się ich.
Kiedy wyszedł z pomieszczenia spokojnie, nie zostawszy uprzednio wygoniony i potraktowany biczem przekleństw, w jego sercu pojawiło się uczucie dziwnej ulgi. Udało się.
   Legł na łóżku i zamknął oczy, nie potrafiąc znaleźć sobie żadnego zajęcia. Nie powinien teraz nigdzie wychodzić, chociaż kto by na to patrzył? Bez względu na to, chciał zostać. Czeka ich rozmowa, nie tylko na temat niedawnego pocałunku, lecz też o dużo poważniejszej sprawie. Westchnął.
Mógł po prostu tam wejść, zwalić wszystko na niewiedzę i nie przejmować się jego obecnością, czuł jednak, że przy następnej takiej okazji postąpiłby tak samo co wcześniej. Sam dziwił się, że chciał po prostu, aby Sasuke wracał tutaj, do niego, z chęcią i robił to dla przyjemności, a nie z przymusu czy rozkazu Nagato. Nie potrafiłby umyślnie spowodować zniszczenia tej delikatnej więzi, którą stworzył z takim trudem.
   Drzwi do łazienki otworzyły się nagle, przynosząc za sobą do pokoju chłodny podmuch wiatru, mimo to jednak Itachi nadal nie otwierał oczu.
Zastanawiał się, o czym teraz musi myśleć jego brat. Czy pamiętał to, co stało się dwa tygodnie temu? Tego był pewny. Przecież takiego czegoś nie zapomina się w kilka dni, a nawet pamięta się latami… Niecodziennie całuje Cię własny brat. Przez chwilę w pokoju panowała głucha cisza, którą przerwał dopiero dźwięk uginającego się pod ciałem materaca, co w końcu zmusiło go do uchylenia powiek.
   Sasuke leżał tuż obok, zwrócony twarzą do niego i podparty o łokieć. Jego czarne oczy świdrowały go nieprzerwanie, nie pozwalając skupić się na żadnej konkretnej myśli i nie dając wyczytać w twarzy jakichkolwiek emocji. Prześlizgnął się wzrokiem po jego ciele- długiej, smukłej szyi, nagich piersiach, umięśnionym brzuchu i po skrytych pod czarnym jeansem nogach. Minęła dłuższa chwila, dopóki jego młodszy brat nie podjął decyzji o przerwaniu ciszy, która mimo wszystko nie przeszkadzała długowłosemu.
 - Czemu milczysz?
Itachi  posłał mu lekki uśmiech, po czym uniósł rękę i odgarnął za jego ucho zbłąkany kosmyk czarnych włosów, leżący na bladym policzku.
 - A czemu miałbym coś mówić?
Nie widział sensu w wypowiadaniu jakichkolwiek słów. Lepszym według niego wyjściem były gesty, które mogły podkreślić znaczenie tamtej jak i tej chwili. Czy słowami da się przekazać wszystko tak samo dokładnie, jak wzrokiem czy dotykiem? Pamiętał jeszcze, jak przez mgłę, jednak pamiętał, czasy, kiedy potrafili dogadać się bez słów. Po tak długiej rozłące było to niemożliwe, jednak ludzie wraz z upływem chwil uczą się siebie. Przecież wszystko da się naprawić.
 - Aby mi wytłumaczyć.
- Co takiego mam Ci wytłumaczyć? – Zapytał starszy, kładąc dłoń na jego szyi. Jego ruchy były spokojne, a gesty nie wykraczały poza wytyczoną przez nich granicę, czuł jednak jak szybko jego mięśnie się napięły. Ze strachu? Nieprzyjemności? A może z emocji? Jeżeli tak, to jakich? Negatywnych czy pozytywnych? Sasuke był jedną z nielicznych osób, z których nie potrafił wyczytać dosłownie nic, dopóki skrywał się pod jedną ze swoich masek.
 - Tamtą sytuację. – Odpowiedź padła szybciej, niżby Itachi mógł pomyśleć, bez żadnego zastanowienia. To zdradziło przynajmniej jedno jego uczucie: zniecierpliwienie. A za tym mogło iść równie dobrze zdenerwowanie, rozemocjonowanie, ciekawość… Analiza. Czy nie to było jego domeną? Szczegóły. Trzymał się szczegółów, dopóki nie rozwiąże całej krzyżówki.
 - Jest coś do tłumaczenia? – Zapytał z lekkim uśmiechem, głaszcząc kciukiem gładką skórę. Obserwując go dokładnie, dostrzegł jak przygryza policzek od środka. Czuł przyjemność spowodowaną jego dotykiem czy frustrację brakiem odpowiedzi? A może oba? – Na lotnisku odpowiedziałem na Twoje pytanie. To było całe możliwe wytłumaczenie.
Sasuke ściągnął brwi, najwidoczniej nie usłyszawszy tego, co chciał usłyszeć. Denerwował się czy myślał jak sformułować swoje myśli?
 - Dlaczego to zrobiłeś?
 - Bo miałem taką ochotę. – Odpowiedział najspokojniejszym głosem, na jaki było go w tej chwili stać. Jego opanowanie stało za nim, cały czas mu kibicując. Jak dobrze urodzić się zwykłym, opanowanym człowiekiem.
 - Dlaczego mnie pocałowałeś? Jesteśmy braćmi. Możemy sobie mieć na to ochotę, ale…
 - Czyli Ty też masz? – Zapytał z uśmiechem, przerywając szykujący się monolog. Szczegóły. Mina młodszego zdradzała, jak bardzo nieprzemyślaną rzecz powiedział, jak bardzo był na siebie wściekły i jak bardzo prawdziwe było to stwierdzenie. Sasuke poderwał się na łóżku, siadając i patrząc na niego z góry.
 - To nie Twój interes. – Powiedział ostro, odpychając od siebie jego dłoń. – Tylko mój. Teraz ja zadaję pytania.
 - Dobrze, panie władzo. – Zaśmiał się Itachi, patrząc na niego niczym na małe dziecko, które teraz tak bardzo mu przypominał. – Więc jak brzmi kolejne z nich?
 - Nadal tak samo.
Sasuke nie wydawał się równie rozbawiony co jego brat, który ani na moment nie spoważniał. Jego oczy świeciły chęcią zabawy, podchodów, w które sprawnie go wciągnął, a on zdawał się nawet nie mieć o tym pojęcia. Czy to było moralne? Czy to ważne? Jak blisko był granicy? Ile dzieliło go od przerwania delikatnej, nowej więzi? Jak długo będzie budował następną? Podniósł się i dotknął jego policzka, mrużąc oczy.
 - Czego Ty jeszcze nie rozumiesz? – Zapytał, zniżając drapieżnie swój głos. Rozdrażnienie. Zdenerwowanie. Dezorientacja. Pożądanie. Twarz najmłodszego z Uchihów wyrażała teraz tak wiele uczuć, że nie miał nawet czego analizować. Wszystko zostało podane mu jak na tacy, cała jego gra została perfekcyjnie wplątana w czas, jakby był to zwykły, komputerowy program, hasło, które można złamać kilkoma kliknięciami. Było tak skomplikowane, przesadzone, że przestawało być tajemnicą po kilku chwilach.
     Nachylił się i ponownie złączył z nim swoje usta, łapiąc mocno jego nadgarstki, w razie gdyby chciał go odepchnąć. Nie było takiej możliwości. Nie dawał mu jej, chociaż był prawie w stu procentach pewny, że po głowie jego brata nie przemknęła nawet myśl o ucieczce. W końcu właśnie tego chciał. Wytłumaczenia.
Wsunął język w jego usta, sam dziwiąc się, jak łatwo mu to przyszło. Nie wyczuwał żadnych oporów, żadnej niechęci ani spięcia. Jego uległość była tak niemożliwa, że czuł przez nią wirowanie w głowie, niczym po lampce mocnego, europejskiego wina. Pchnął go na plecy, każąc mu się położyć.
Uległość czy pożądanie? W jego ustach wyczuwał obie te rzeczy, jednak obie zdawały się być równie niemożliwe, jak i prawdziwe. Rzeczywistość… Po raz pierwszy rzeczywistość była tak niepewna, a zarazem tak piękna.
Całował namiętnie, starając się wziąć z tego pocałunku jak najwięcej, jednak dać mu z siebie równie wiele. Żałował, że ta chwila nie mogła trwać wiecznie, jednak nie starał się też jej na siłę przedłużać.  Oderwał się od jego ust, puściwszy przy tym jego nadgarstki i spojrzał mu w twarz, która wyrażała teraz rozbawienie. Oddychali szybko, nierównomiernie, jakby ich oddechy próbowały się prześcignąć.
 - Jak z odpowiedzią na Twoje pytanie? – Zapytał w końcu, wsunąwszy swoją dłoń w jego. Zadrżała lekko, jednak po chwili poczuł przyjemny uścisk. Sasuke otworzył oczy i posłał mu jedno ze swoich bezczelnych i szczeniackich, jednak na swój sposób uroczych spojrzeń.
 - Zaliczona.




Pozdrawiam,
Rena Uchiha <3

wtorek, 30 grudnia 2014

19. Interes.


Hej, kochani!
Tak jak obiecałam, rozdział pojawia się przed końcem roku. Mam nadzieję, że mi zaufaliście i nie spisaliście moich słów od razu na straty.
W tym rozdziale wiele między braćmi się nie dzieje, a to dlatego, że w kolejnych mam w planie zrobić większą akcję, która na pewno się Wam spodoba. Jak wielką, tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że szybko się dowiem.
To jeszcze nie koniec ogłoszeń parafialnych, o nie! Z okazji Sylwestra chciałabym życzyć Wam… yyy. Udanego Sylwestra xD Mam nadzieję, że się dobrze wybawicie i spędzicie go bezpiecznie. Nie róbcie żadnych głupot, abyście mogli przeczytać kolejny rozdział c:
No, to chyba tyle! Nie wiem, kiedy napiszę następną część, bo kończy się wolne i muszę się uczyć do pracy klasowej z angielskiego… Postaram się wyrobić do ferii, czyli do 23 stycznia, bo raczej w ferie nic się już nie pojawi, chyba że na sam początek. Trzymajcie kciuki!
Tymczasem pozdrawiam i życzę miłego czytania,
~Rena

Nie zadzwonił.
Siedząc w domu zachodził w głowę czy wszystko jest ok, czy spokojnie doleciał i czy jacyś afgańscy terroryści przez przypadek nie przejęli akurat jego samolotu. Od wczoraj oglądał wiadomości, jednak na żadnym z kanałów typu Tokyo Live nikt nic takiego nie wspominał. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo irracjonalny był ten strach, jednak nie miał na to żadnego wpływu. Martwił się.
Usiadł przed biurkiem i odpalił starego laptopa od Apple, który mimo wieku nadal chodził dość sprawnie, może dlatego, że był dość oszczędnie używany, a może z powodu, iż Uchiha mieli w genach zakodowane szanowanie swoich rzeczy. Nawet taki paniczyk jak on, wielki Sasuke.
Odpalił pocztę, chcąc zobaczyć czy dostał jakieś nowe materiały na wykłady, jednak zamiast tego w swojej skrzynce e-mailowej zauważył wiadomość o dość odstającym od reszty temacie, bo napisanym co dziwne, nie kanji, a alfabetem łacińskim. Bez zastanowienia nad jakimikolwiek konsekwencjami kliknął w odnośnik. Było niewiele osób, które mogły do niego napisać coś podobnego. W sensie, mógł każdy, jednak nie sądził, aby komuś się chciało.
Po kilku sekundach ładowania okazało się, że mail był pusty. Zawierał jedynie kilka załączników, które w pomniejszeniu wydawały się jedynie zwykłymi, białymi karkami z jakimiś niekształtnymi, czarnymi wzorami.
Uśmiechnął się do siebie, kiedy jeden z nich rozwinął się na całą stronę.
Itachi wziął wszystko bardzo na serio... Termin odlotu na karcie pokładowej i bilecie był zapisany na równo za dwa tygodnie, 29 sierpnia 2014 roku.

***

 - Idziemy?
Sasuke skinął głową, spuszczając wzrok z rudowłosego i popatrzył na kwiaty trzymane w swojej dłoni. Czerwone róże. Najprostsze. Tradycyjne. Typowe. A jednak miały w sobie coś co sprawiało, że to właśnie one co roku okazywały się najbardziej odpowiednie.
Ruszył przodem, wchodząc w cmentarną bramę. Lawirował między grobami, podążając tak dobrze już sobie znaną ścieżką, obserwując wyuczone na pamięć nagrobki przez tak częste przemykanie między nimi.
 - Sasuke... Zaczekaj. Nie biegnij tak. - Dyszał za nim Gaara, próbując zrównać z nim tempo. Dopiero po chwili dotarło do niego, jak szybko pędzi w tamtą stronę. Odetchnął cicho i zwolnił, czekając na chłopaka.
Byli blisko. Z tej odległości widział już niewielki pomnik w kolorze grafitu, przykryty pierwszymi opadłymi w tym roku liśćmi. Kończył się sierpień, w związku z czym niektóre z drzew zaczynały mienić się złotem.
Uśmiechnął się, jednak był to tak niespodziewany uśmiech, że musiał dotknąć palcami ust, aby w to uwierzyć. Nie przypominał sobie drugiej takiej chwili. Czy to jakiś przełom? Początek czegoś nowego? Nie sądził. Nie żyli w bajce. Jego życie ciągnęło się dalej i nie było możliwe, aby w ciągu kilku najbliższych lat cokolwiek uległo zmianie, przynajmniej w związku z tym.
Stanął przed granitowym nagrobkiem i wbił wzrok w napis, nie potrafiąc spojrzeć na czarno-białe zdjęcie.

Kimimaro Shiro
ur. 25.10.1990 zm. 28.08.2012
Pokój jego duszy.

 - To już dwa lata. - Powiedział cicho, nadal wyczuwając na swoich ustach uśmiech sprzed chwili. - A ja nadal mam wrażenie, jakby to było wczoraj. - W dalszym ciągu starał się skupić na kształtnych literach, czując, że powoli zaczynają opuszczać go siły.
"Zaczyna się... A w tym roku miałem być silny."
Czarnowłosy włożył kwiaty trzymane w ręku do wazonu wmurowanego w pomnik, do połowy wypełnionego wodą, zapewne z wczorajszego deszczu. Dzisiejsze niebo też nie było czyste, jak zazwyczaj w lecie. Znów zbierało się na deszcz, a od zachodu nadciągały ciemne chmury. Do jego uszu docierał coraz głośniejszy szum wiatru i liści cmentarnych drzew.
Nie chciał się nad tym wszystkim znowu rozżalać. Ludzie umierają...
Nie potrafił pogodzić się z jego śmiercią, ale nie pozwalał sobie także się załamywać.
Te uczucie... Ich uczucie umarło razem z nim. Został jedynie smutek, że nie mogło się rozwinąć.
Okrutne? Nie bardziej niż to, co ich spotkało. Teraz już nic się nie wydarzy. Właśnie to było okrutne.
 - Sasuke...
Uciszył go gestem dłoni.
Nie licząc szumu liści, było tak cicho... W powietrzu wyraźnie roznosił się śpiew ptaków. Kiedy zamykał oczy, prawie potrafił sobie wyobrazić, że to on gwiżdże.
Uwielbiał gwizdać. A może tylko mu się to zdawało? Wspomnienia były tak rozmazane...
Nie potrafił wstrzymać łez wyciekających spod jego powiek. Z jego bezczelnie skrojonych bladych ust wyrwał się cichy szloch, stłumiony jego własną ręką. Opuścił głowę w dół i schowawszy twarz w zimne dłonie, pozwolił objąć się cudzym ramionom.
Miał dziwne, straszne wrażenie, że ta historia skończy się już niedługo. Że przerwie ją coś o wiele gorszego od śmierci...
Zapomnienie.

***

 - Kiedy dolecisz, szukaj Hidana, wyślę Ci jego numer SMSem. Odwiezie Cię do...
 - Jak to Hidana? A Ty?
 - Sasuke, uspokój się. Nie mogę przyjechać. Zobaczymy się na miejscu. - Itachi powiedział to stanowczo, jednak jego głos brzmiał bardziej uspokajająco, niż karcąco. Na jego twarzy wymalowała się ulga, kiedy krzyki po drugiej stronie ucichły Zakręcił samochodem w lewo, wjeżdżając w jedną z bocznych uliczek.
 - Dobrze. Poczekam.
Długowłosy odetchnął cicho, po czym pożegnał się i odłożył telefon do schowka przed siedzeniem pasażera.
Zaparkował w krzakach przy starym hangarze i wyszedł z samochodu, kierując się w stronę Nagato, opartego o czarnego, lśniącego Mercedesa.

 - Kiedy przyjedzie? – Zapytał czarnowłosy, sprawdzając na telefonie godzinę. 13.05.
 - Powinien już być.
Oparł się o samochód obok niego i wbił wzrok w drogę, ledwo dostrzegalną między szuwarami. Trzasnęły metalowe drzwi i z blaszanego budynku wyszedł Deidara.
 - Gdzie ten grubas? – Rzucił zdenerwowany, poprawiając ręką grzywkę. Przybliżył się do Itachi’ego, jednak zanim zdążył naruszyć jego przestrzeń prywatną i przytulić się, został odepchnięty. Uchiha dostrzegł na jego twarzy grymas niezadowolenia, jednak nie usłyszał żadnego słowa sprzeciwu.
 - Zachowuj się. Zaraz przyjedzie.
Jakby na zawołanie, dało się słyszeć stłumiony ryk silnika, aby po chwili na polanę wjechało czerwone auto. Z tej odległości nie widać było znaczka, jednak kiedy podjechało wystarczająco blisko, można było dostrzec na masce srebrną literę L. Lexus.
 - Niezłe autko. – Mruknął blondyn, obserwując z lekką kpiną wychodzącego z pojazdu, dość pulchnego mężczyznę w średnim wieku. Przeleciało mu przez myśl, że obrzydliwym byłoby być obmacywanym przez takiego typa. Jeżeli miałby wybierać pomiędzy nim, a zwykłym blockersem, wybrałby blockersa.
 - Spóźniłeś się. – Warknął Nagato na prawie całkowicie wyłysiałego gościa. Ubrany był w szary garniak, chociaż bardziej wyglądał na biały wyprany w tej samej pralce z czarnymi ubraniami. Skórę też miał szarawą, zapewne od fajek, przez co do głowy cisnęła się myśl, że został obsypany wiadrem popiołu. Zapewne nikt by mu tego nie żałował.
 - Wybacz, załatwiałem ważne sprawy. – Facet zbył go, uśmiechając się głupio, jakby zwracał się do swojego młodszego brata. Nie miał jednak szczęścia. Nagato nie był jego pieprzonym, młodszym bratem.
 - Dwanaście procent. Po dwa od każdej minuty. – Powiedział twardo, obserwując jego reakcję z bladą obojętnością na twarzy, jednak w jego oczach błyszczało wręcz dziecięce zadowolenie na myśl o wygranej.
Wszyscy zebrani na tej polanie wiedzieli, że musi się zgodzić. Nie oznaczało to jedynie wzrostu funduszy, lecz też respektu wobec ich usług na rynku. Facet robi mu reklamę za free, płacąc wyższą cenę pokazuje, że towar jest dobry, a dodatkowo stawia go w dobrym świetle- bezwzględnego, władczego Nagato, w którego mniemaniu warunki rynku działały na trochę innych zasadach- to klient ma się bić o Ciebie, a nie Ty o klienta. Dzięki temu zaszedł tak wysoko.
Przez moment jedynym odgłosem, który dało się słyszeć był wiatr, jednak po chwili przerwał go trzask samochodowych drzwi. Z pojazdu wyszedł ubrany na czarno facet w ciemnych okularach, trzymając w ręku dwa małe neseserki obite skórą, od której odbijało się słońce.
 - Itachi.
Czarnowłosy odepchnął się z westchnieniem od samochodu, na dźwięk głosu rudego i poszedł po pieniądze. Otworzył zamki obu skrytek i przeleciał szybko wzrokiem po zawartości. Nie dziwiły go takie sumy, więc wyraz jego twarzy nie zmienił się ani trochę. Nie raz widział więcej i nie raz trzymał więcej w rękach.  Popatrzył na swojego szefa i skinął potwierdzająco głową. Nie sprawdzał ile, nie sprawdzał czy prawdziwe, ani  nic z tych rzeczy. Tym zajmie się Kakuzu. A jeżeli facet rypnął się o więcej niż o jeden banknot, albo ich oszukał… Uśmiechnął się lekko. Zdając się na wyobraźnię szefa i jego talent do planowania dziwnych rzeczy, nie muszą się martwić o to, że wyjdą z tego stratni. Nagato machnął ręką w stronę Deidary, który ruszył z powrotem w stronę hangaru. Nie wracał jednak sam.
Tuż przed nim szło dwoje ludzi. Kobieta, o ogniście czerwonych włosach i spłoszonym spojrzeniu, oraz białowłosy chłopak, który kroczył przed siebie ze znudzeniem wymalowanym na twarzy.  Itachi uśmiechnął się pod nosem na ich widok.
To nie tak, że lubił to robić… Gdyby miał możliwość wyjścia z tego bagna, nie zawahałby się przez ani jeden moment. Sęk tkwił w tym, że z tego nie dało się wyjść, jeżeli raz się weszło. Za dużo wiedział, aby Nagato mógł puścić go wolno. Nie miał więc wyboru ani teraz, kiedy w tym siedział, ani wcześniej, kiedy skończył studia i wylądował na ulicy, odcinając się całkowicie od rodziców.
Deidara zaprowadził ich aż pod lśniący czerwienią samochód, gdzie facet w czerni podszedł do nich i podstawił im pod nos kawałek szmaty. Chloroform. Wszyscy wiedzieli, że nie było to potrzebne, jednak kupcy widocznie kładli nacisk na środki ostrożności. Ich towar, ich wybór.
Wziął walizki i pogwizdując cicho pod nosem „In the end” Linkin Park’u skierował się w stronę swojego szefa, słysząc za sobą szmer towarzyszący wkładaniu dwóch bezwładnych ciał do bagażnika.

***

Sasuke nie był kretynem. Już w samolocie przygotowywał się psychicznie na wątpliwą przyjemność spędzenia całej drogi do willi z białowłosym wrzodem siedzącym za kierownicą. Dla swojego bezpieczeństwa postanowił usiąść z tyłu samochodu, jednak okazało się to być czymś nieosiągalnym, ponieważ wszystkie trzy tylne siedzenia okazały się być zawalone mniej lub bardziej określonymi przedmiotami.
 - Nie mogłeś tego upchnąć do bagażnika? Jest pusty. – Zauważył Uchiha, przyglądając się widokom za szybą, jakby były interesujące, co było równie wątpliwe. Ulice zatłoczonego Londynu różniły się od Tokio jedynie tym, że chodzili tam ludzie wyżsi od przeciętnych Japończyków o  średnio 10-20 centymetrów. Może były też trochę mniej przeludnione. Tak czy siak, nie było co oglądać, jednak wydawało się to dużo bezpieczniejsze i przyjemniejsze niż wlepiać wzrok w Hidana.
 - Wolałem je położyć na siedzeniu.
Jego odpowiedź nie należała do tych wyczerpujących i wyjaśniających chociaż część tematu, którą Sasuke miał nadzieję usłyszeć, jednak zdecydował się nie drążyć. Jego myśli krążyły teraz wokół czegoś całkiem innego.
Czy spotka go zaraz po przyjeździe na miejsce? Czy na niego czeka? A może to jednak on będzie tym, który będzie musiał zaczekać? Sam zdziwił się, jak bardzo niepewnie i niecierpliwie podchodził do tej sprawy… Denerwował się.
Tak, on.
Zamknął oczy i oparł głowę o fotel, usiłując skupić się na czymś przyjemniejszym niż jazda samochodem, jednak od dwóch tygodni nie potrafił myśleć o niczym innym jak o rychłym spotkaniu z bratem i o tym, co stało się nim rozstali się ostatnim razem.
Nadal czuł na ustach jego pocałunek. Nie potrafił określić jaki był, a na jego wspomnienie nie przychodziło mu do głowy nic innego ponad jego fizyczność. Nie umiał go nazwać. Czy był delikatny? Pikantny? Czuły? Pewny? Jedynym faktem, który mógł stwierdzić było to,  że Itachi go chciał. Chciał i jakimś sposobem sprawił, że i on zaczął go chcieć.
Otworzył oczy, kiedy Hidan zadał jakieś pytanie. Spojrzał na niego niezrozumiale i rzucił pierwszą lepszą odpowiedź na odczepnego, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie ma ochoty na konwersację. Niestety, kierowca samochodu okazał się bardziej upierdliwy niż większość osób, które Sasuke zdołał poznać w swoim dwudziestoletnim życiu. Ich rozmowa była równie porywająca co wczorajszy obiad, dopóki nie padły wyczekiwane przez niego słowa.
 - Jesteśmy na miejscu, księżniczko.


wtorek, 23 grudnia 2014

Tradycja- świąteczna miniaturka +życzenia.

Hej, ludzie!
Tak jak Wam obiecałam na fanpagu, przychodzę do Was ze świąteczną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i choć troszkę zaspokoi Wasze ItaSasukowe wyobrażenia. Ale teraz przejdźmy do konkretów. Jest po dwunastej, noc, właśnie wybił 24 grudzień... A ja zmęczona, z chorym gardłem i bolącym łbem piszę Wam życzenia. Widzicie, jak Was kocham, moje dzieci?
No więc tak: Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności itd, itp. Wszyscy wiemy, że w życiu są jednak ważniejsze priorytety, więc nie ograniczamy się.
Dużo kasy, fajnych prezentów, dobrego żarcia na stole, zjadliwego karpia, świecącej, a nie palącej się choinki, śniegu, zimy, mrozu, zasp, śniegu, zimna i szronu na szybach, aby rodzice w końcu przemówili ludzkim głosem, dużo yaoi, weny na pisanie opowiadań, czasu na czytanie i oglądanie serii, aby Wasi ulubieni blogerzy dodawali rozdziały jeszcze częściej (nawet, jeżeli dodają je co kilka dni), aby w Polsce wydali jeszcze więcej tytułów yaoi i aby Kotori nadal pracowało tak wspaniale i jeszcze lepiej, no i aby ItaSasu rozprzestrzeniło się bardziej niż Ebola~ *Przerwa na wdech*. Jest tyle rzeczy, których jeszcze chciałabym Wam życzyć... Zasłużyliście na to. Jesteście wspaniali. Więc aby już nie zamęczać Was tym wszystkim, ograniczę się do jeszcze jednego pozdrowienia: Wesołych, radosnych i wymarzonych Świąt, moi yaoiści! <3
Zapraszam do czytania :3


Ubieranie choinki nie było jedną z moich najulubieńszych czynności. Szczerze powiedziawszy, nie widziałem sensu w tej tradycji, jako że ani ja, ani Itachi nic za bardzo nie robiliśmy sobie z religii. W sumie to byłem w kościele raz w życiu, kiedy Naruto brał ślub. Msze nie były dla mnie. Ale wróćmy do choinki...
Jak co roku, miałem pokłute całe dłonie wieszając bombki, łańcuszki i aniołki, które Itachi zrobił sam. Miał bardzo sprawne dłonie, z resztą nie tylko przy robieniu aniołków...
- Skończyłeś już piec te ciasto? - Krzyknąłem z pokoju, trzymając w dłoni gwiazdę na czubek świątecznego drzewka. Niestety, Bozia poskąpiła mi wzrostu, a nie chciało mi się przynosić krzesła. Wolałem poprosić Itę. Tak, nie dość, że mały, to leniwy. Bywa.
- Już, chwila. Wstawiam do piekarnika. - Usłyszałem krzyk dobiegający z kuchni.
Założyłem ręce na piersi i czekałem. Po niedługiej chwili do pokoju wszedł mój brat, w całej swojej utytłanej mąką okazałości.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć.
- Ah Ty i te Twoje krótkie nóż...
- Nie kończ. - Powiedziałem groźnie, patrząc na niego z nienawiścią kipiącą z oczu.
- ... nóżki.
Moja mina zrzedła. Względnie dobry humor także.
- Sam sobie ubieraj tę choinkę. - Warknąłem i wyszedłem z pokoju, zostawiając go samego.
Nic na to nie poradzę... Nie znoszę, kiedy ktoś nabija się z mojego wzrostu, a kiedy robi to Itachi i to z taką złośliwością, czuję się cholernie zdradzony. Już chyba wolałbym zobaczyć go z innym...
Prrr, wróć. Nie. Tfu. Ja tego nie powiedziałem.
Usiadłem w pokoju i otworzyłem swój notes na rysunki. Kompletnie nie miałem talentu, dlatego rysowałem. Swoisty bunt jednostki przeciw całemu światu. Usiadłem na krześle i zacząłem mazać na jednej z nielicznych już czystych kartek jakieś niekształtne kreski.
- Sasuke, chodź, spróbujesz ciasta. - Powiedział Itachi, kładąc mi dłonie na ramionach.
Rok w rok robił to samo ciasto. Rok w rok spędzaliśmy święta sami. Rok w rok ubierałem choinkę. Było nam tak dobrze... Chociaż gdyby rodzice żyli, byłoby dużo przyjemniej. Ale mieliśmy siebie, to najważniejsze.
- Nigdzie nie idę. - Prychnąłem, strzepując jego dłonie z ramion. Mógłbym przysiąc, że w tej chwili uśmiech na jego ustach powiększył się o około trzy razy.
- Sasuke... Zerwiesz z tradycją? - Zapytał niewinnie, całując mój kark. Wzdrygnąłem się. Kiedy Ita zaczynał uwodzić w ten swój wredny sposób, był bardziej creepy niż niejeden psychopata. Wierzcie mi, wiem co mówię.
- Przestań. - Powiedziałem oburzony, że w takiej sytuacji myślał o takich rzeczach. Skandal.
- Dlaczego? Znów zagrozisz mi celibatem? - Zaśmiał mi się do ucha, co wpieniło mnie jeszcze mocniej, bo właśnie miałem zamiar mu to oznajmić. - Dobrze. Ale najpierw trzeba dopełnić bożonarodzeniowej tradycji... Potem możesz sobie ustalać co chcesz.
- Zrywam z tradycją. - Powiedziałem ostro, usiłując znów zabrać się za 'rysowanie', jednak jego ręce pod moją koszulką sprawnie mi to uniemożliwiały.
- Udowodnić Ci, że nie? - Zapytał, a w jego głosie znów usłyszałem nutkę rozbawienia.
- Nie musi...
Nie dane było mi dokończyć.
Całując mnie, prowadził w stronę salonu. Z każdym kolejnym ubraniem, które spadało z mojego ciała, było mi coraz goręcej, mimo iż skórę smagało zimno z uchylonego okna.
Poczułem na plecach miękki dywan i odetchnąłem cicho, kiedy w końcu przerwał pocałunek.
- Wesołych świąt, braciszku. - Powiedział do mnie jeszcze, zanim nasza wigilijna tradycja się dopełniła.
Nie odpowiedziałem. Jeżeli te święta mają skończyć się tak samo jak zaczęły, na pewno będą wesołe. Coś czułem, że Itachi o to zadba.

Pozdrawiam i jeszcze raz Wesołych,
~Rena

piątek, 12 grudnia 2014

18. Obietnica

Cześć...  Wszystkim...  *Chowa się za telefonem*
Nie krzyczcie, proszę. Wiem, że znowu zawaliłam. Moja wina. W sumie to nie moja, ale moja.
Zepsuł mi się laptop i nadal go nie mam i... No i nie miałam na czym pisać. Wiem, że obiecałam go na trzy tygodnie wcześniej, ale siła wyższa. Ostatecznie wkurwiłam się cholernie i napisałam go na komórce. A raczej przepisałam, bo był w większości gotowy już od dawna. Liczę na wybaczenie przez fakt iż się tak poświęciłam ;-;
Z tego miejsca chciałabym podziękować Wam za taki odzew pod poprzednim postem i na fanpagu. Widzę same nowe twarze (czyt. Nowe podpisy), co mnie bardzo cieszy, chociaż szkoda trochę, że nie komentuje już prawie nikt, kto czytał wcześniej. No trudno. Pisać będę nadal.
Jeżeli blog się Wam podoba, zachęcam kliknąć tu obok, w niebieskie okienko 'dołącz do tej witryny', aby być na bieżąco.
Proszę tylko, nie jęczcie, że rozdział krótki... Naprawdę się starałam i jest średniej długości, tego mi nie zarzucicie ;-;
Zgodnie z obietnicą 'coś' zaczęło się dziać. A mówiąc 'coś' mam na myśli coś między Uchihami.
No dobra, koniec ogłoszeń parafialnych. Zapraszam do czytania~



- Na lotnisko. - Powiedział, wsiadając do pierwszej lepszej taksówki stojącej na ulicy.
- Które? - Zapytał facet w czarnej, zamszowej czapce narzuconą na łysiejącą głowę. Znudzony żuł gumę, co obrzydziło Sasuke na tyle, aby pomyśleć o ucieczce z samochodu. Wiedział jednak, że nie ma na to czasu.
- Na... - I tu pojawiał się problem. Na które lotnisko? W Tokio było ich kilka, a Itachi nic nie sprecyzował. - Zachodnie.
Przez głowę przeleciały mu sceny sprzed dwunastu lat... Oby to lotnisko tym razem przyniosło mu większe szczęście, niż wtedy.
Taksówka ruszyła powoli w stronę celu, wydając przy tym dźwięk, jakby miała za chwilę stanąć w miejscu. Sasuke nerwowo spoglądał na zegarek, prawie wyczuwając jak szybko czas przelatuje mu przez palce.
Ósma dwadzieścia dwa.
Ósma dwadzieścia sześć.
Ósma trzydzieści.
Ósma trzydzieści trzy.
- Nie można szybciej? - Zapytał sfrustrowany, wbijając wzrok w czerwone światło przed samochodem, jakby chciał rozwalić je laserowym spojrzeniem. Niestety, nic takiego się nie stało.
- Nie wpłynę na ruch uliczny, kochasiu. Wszyscy teraz jadą do pracy. - Rzucił kierowca, posyłając mu w lusterku obleśny uśmiech żółtych zębów, po chwili wracając jednak do żucia miętowej gumy, której mdły zapach rozchodził się po samochodzie wraz z odorem benzyny i przepoconych ciuchów.
Sasuke poczuł nagły skręt w żołądku. Nie wiedział do końca czy z obrzydzenia, czy nerwów. Najpewniej z obu powodów.
Westchnął zrezygnowany i położył głowę na kolanach, przykrywając ją rękoma.
Skręcało go w środku, a ręce pociły się, mimo iż jego ciało zdawało się być nienaturalnie lodowate.
- Co taki struty? - Usłyszał nagle i uniósł głowę, patrząc na kierowcę. Zwierzanie się podstarzałemu dziadydze było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, jednak doszedł do wniosku, że co mu szkodzi? I tak zapewne nigdy więcej go nie spotka, a nawet jeśli, nie będą się pamiętać. W Tokio jest tyle taksówek, że przez kwartał mógłby jeździć na wykłady i wracać z nich, za każdym razem inną.
- Mój brat wylatuje. Nie wiem kiedy znów go zobaczę, co gorsza dopiero co go znalazłem po dwunastu latach... W sumie to on mnie znalazł. - Poprawił się. - Nawet nie wiem czy jadę na dobre lotnisko.
Nie lubił narzekać, ani opowiadać o swoich problemach, jednak musiał przyznać, że poczuł coś w rodzaju ulgi, a serce przestało bić tak szybko, że zagłuszało nawet szum silnika.
Zapaliło się zielone światło i taksówka ruszyła.
W oddali widoczna była już wieża lotniska, jednak i tak od celu dzieliło ich jeszcze dobrych kilka minut drogi. Sasuke wbił w nią wzrok, bojąc się spojrzeć na zegarek.
- Nie poleci.
Sasuke zamrugał zdziwiony oczami, przypominając sobie o istnieniu dziadka.
- Co?
- Stawiam pół wypłaty na to, że nie poleci. - Opowiedział taksówkarz, patrząc się na Sasuke jak na idiotę.
- Skąd ta pewność?  - Zapytał, nie potrafiąc znaleźć sensownych argumentów na te stwierdzenie. Wydawało się to dla niego skrajnie niemożliwe.
- Bo nawet taki skurwiel jak ja, poczekałby na brata, którego szukał dwanaście lat.
Na ustach Sasuke pojawiło się coś na kształt zadowolonego uśmiechu. Musiał przyznać, że te słowa... Mimo iż całkowicie bezsensowne, podniosły go na duchu. Zamilkł, rozważając je po cichu.
Czy Itachi zrobi to dla niego? Pokręcił głową. Nie...To nie było możliwe. Poleci, na pewno... Bardziej obstawiałby przy tym, że znów coś wymyśli. Podobnym do niego było mieć jakiś plan, którego nie wyjawiłby nikomu, dopóki by się nie udał. Tylko że co mógłby zrobić na lotnisku? Wywołać burzę i opóźnić lot?
Taksówka zatrzymała się na parkingu przed lotniskiem.
- Leć. - Głos mężczyzny wyrwał go z transu.
Nie trzeba mu było powtarzać drugi raz. Zostawiwszy na siedzeniu kilka banknotów, wyleciał z samochodu i pognał w stronę budynku. Usłyszał za sobą cichy śmiech i charkot zapalanego silnika, a w głowie kotłowała mu się jedna myśl: ''Nie mam czasu."
Wielki zegar nad głównym wejściem wskazywał ósmą czterdzieści dziewięć.
***
Siedział w sali odlotów, czekając na swój samolot. Zbliżała się dziewiąta, jednak nigdzie w pobliżu nie dostrzegał Sasuke.
Naprawdę był tak mocno oburzony, aby się nie odezwać, nie pożegnać? Uśmiechnął się pod nosem i omiótł wzrokiem wyludniającą się salę. Przyjdzie. Był tego całkowicie pewny.
- Przepraszam, która godzina?
Itachi przeniósł wzrok swoich czarnych oczu na stojącą przed nim kobietę. Długie nogi podkreślały obcisłe jeansy i buty na wysokim obcasie, a delikatny makijaż znakomicie współgrał z ciemno brązowymi, kręconymi włosami i różowawą skórą. Typowa Europejka.
- Pięć po dziewiątej. - Odpowiedział bez zbytniej grzeczności, ani też braku szacunku. Ot, zwykła wymiana zdań zwykłych ludzi.
Dziewczyna pokiwała głową i odeszła, stukając obcasami po śliskiej podłodze. Pomyślał tylko: "Cud, że jeszcze się nie wyłożyła.", kiedy jego oczy natrafiły na siedzącą nieopodal postać, trzymającą twarz w dłoniach. Wyglądała jakby płakała, jednak Itachi doskonale wiedział, że po jej policzkach nie spływają łzy.
Jego usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, kiedy staną tuż przed chłopakiem.
- Pan kogoś szuka?
Sasuke podniósł głowę, dając tym samym Itachiemu doskonały wgląd w swoje zszokowane oczy, w których tak jak podejrzewał, nie błyszczała ani jedna łza.
- Itachi...
- Oto jestem. - Zaśmiał się, unosząc dłoń, aby dotknąć jego włosów, jak małemu dziecku, jednak przypomniawszy sobie jego reakcje w wyniku takich gestów, zrezygnował i z powrotem opuścił rękę.
- Co Ty tu robisz?  - Usłyszał, kiedy Sasuke w końcu doszedł do siebie. Teraz młodszy stał przed nim, z uniesioną głową, nadal patrząc mu w oczy. Co w nich widział? Zapewne idealne odbicie swoich własnych.
- Tak to się wita z bratem? - Zapytał się z rozbawieniem w głosie, nie mogąc powstrzymać się od tej reakcji. Z tą miną Sasuke tak strasznie przypominał teraz małe, niewtajemniczone w jakąś poważną sprawę dziecko, które usilnie stara się wszystko zrozumieć. Strasznie przypominał mu teraz dzieciństwo... Pamiętał dokładnie ten wyraz twarzy. Co do tego jego brat nie zmienił się w ogóle.
- Nie... Nie o to mi chodziło... Nie poleciałeś?  - Zapytał Sasuke, siadając z powrotem na plastikowym, niebieskim krześle, które skrzypnęło pod nim tajemniczo.
- Cóż... Chciałem dać Ci jeszcze odrobinę czasu... Tak naprawdę samolot mam za pół godziny. - Wytłumaczył, wskazując ręką na elektryczną tablicę, z zapisanymi wszystkimi odlotami.
- Tak myślałem... Zawsze wybiegasz w przyszłość.
Itachi pokiwał tylko głową, przytakując. Z natury był ostrożnym człowiekiem... A jego profesja nauczyła go tej ostrożności jeszcze bardziej.
- Skąd wiedziałeś, które lotnisko? - Zapytał starszy, siadając obok brata. Był nienaturalnie wyluzowany, a przynajmniej takie robił wrażenie.
- Nie wiedziałem. Przecież mi nie powiedziałeś. - Sasuke pokręcił głową.
- Więc jak tu trafiłeś?
- Pomyślałem, że dam temu miejscu jeszcze jedną szansę.
Tym razem to usta Sasuke wygięły się w uśmiechu.
- I jak?
- Chyba dobrze.
Siedzieli chwilę w ciszy, która przytłaczała coraz bardziej. Ucieszył się, że została przerwana.
- Kiedy wrócisz?
Itachi spodziewał się tego pytania, jednak nie sądził, że będą towarzyszyć temu takie emocje. Jego głos drżał od napięcia. Gdyby Sasuke nie siedział odwrócony do niego plecami i mógłby spojrzeć w jego oczy, był pewny, że zobaczyłby w nich coś na kształt niepewności... A może i smutku? Były to jednak tylko spekulacje.
- Nie wiem. - Odpowiedział zgodnie z prawdą. - Postaram się jak najszybciej.
Zdawał sobie sprawę, że nie była to zadowalająca odpowiedź, jednak nie miał zamiaru go okłamywać.
- A chociaż w przybliżeniu?
- Może dwa miesiące... Do pół roku.
Itachi dokładnie obserwował jego reakcje. Sasuke zacisnął mocno pięści, obracając się momentalnie w jego stronę. W jego oczach błyszczało niedowierzanie.
- Pół roku?...
- W najgorszym przypadku. - Dodał szybko, doskonale rozumiejąc jego dezorientację. Te "pół roku"  brzmiało gorzej niż wyrok. - Postaram się przylecieć jak najszybciej. Nie martw się.
Mimo wszystko, strach w głosie brata podobał się mu, cieszył jego uszy niczym słodkie słowa z ust kochanka. Było to egoistyczne, ale nie potrafił się z tego nie cieszyć. Czy nie o to chodziło mu cały ten czas, od kiedy znów są razem? Aby Sasuke zaczęło zależeć na nim i na jego obecności?
- Mało pocieszające. - Powiedział Sasuke, a smutek w jego głosie w ciągu chwili zbił się w bryłę zimnego lodu.
- Pan Uchiha będzie tęsknić? - Zapytał ze śmiechem, chcąc lekko rozluźnić napięcie w powietrzu.
- Może i tak. W końcu jesteś moim bratem. Wkurwiającym, ale zawsze. - Sasuke odgryzł się tym samym.
Obaj zaśmiali się cicho, jakby niepewnie, jeszcze nie do końca przyzwyczajeni do nowych sytuacji i swojej obecności.
- A może Ty przylecisz do mnie? - Zaproponował nagle Itachi, przyglądając się mu uważnie. Był świadomy tego, że Sasuke nie chce mieć z tym wszystkim zbyt wiele wspólnego, ba, sam wolał, aby jego brat siedział tutaj i jak najmniej udzielał się w Akatsuki. Mimo wszystko jednak, chciał go zobaczyć trochę szybciej niż za te dwa cholerne miesiące.
- Kiedy?
- Kiedy tylko będziesz miał wolne. Za tydzień, dwa, miesiąc.
Zapadła chwila ciszy. Ten jeden raz Itachi nie tracił nadziei- on po prostu jej nie miał. Nie wiedział, jaka będzie jego odpowiedź, nie zgadywał, nie liczył, nie obstawiał. Czuł, że Sasuke się waha i jak normalnie, zrobiłby wszystko aby jego odpowiedź była twierdząca, tak teraz wszystko postanowił zostawić jemu. Dlaczego? To dziwne... Ale chciał po prostu, aby dokonał swojego własnego i dobrego wyboru, nawet przy tak błahej sprawie.
- Pasażerowie lotu 216, Tokio-Londyn, proszeni są udać się do sali odlotów. Powtarzam, pasażerowie lotu... - Z głośników popłynął czysty, kobiecy głos w kilku językach. Większość z nich Itachi potrafił zrozumieć bez problemu: japoński, angielski, francuski, rosyjski, niemiecki.
Itachi podniósł się z krzesła i chwycił w dłoń uchwyt małej, czarnej walizki na kółkach.
- Zadzwoń, kiedy się zdecydujesz. - Powiedział z uśmiechem, czekając aż i ten wstanie, aby móc się z nim pożegnać.
- Przylecę. Za dwa tygodnie mam sesję. Potem mogę przylecieć.
Zdziwiła go pewność w jego głosie, jednak uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, ukazując swoją radość. Pokiwał głową.
- Kiedy dolecisz...
- Dam znać, że wszystko w porządku, tato. - Przerwał mu Itachi, śmiejąc się pod nosem.
Stali tak przez chwilę. Długowłosy myślał, jak ma się pożegna z bratem, jednak żaden sensowny pomysł nie wpadał mu do głowy- najchętniej nie żegnałby się w ogóle.
- No... To idź, bo Ci samolot ucieknie. - Powiedział w końcu Sasuke. Itachi spojrzał mu w oczy. Za każdy razem gdy to robił, miał wrażenie, że patrzy w lustro, albo w taflę idealnie czystej wody nie zmąconej żadnym ruchem. Nie mógł się od nich oderwać, odwrócić wzroku, ani nawet mrugnąć, bojąc się, że zaraz znikną.
Pokiwał głową i nachylił się, składając na jego ustach krótki pocałunek. Znów się zdziwił, nie wyczuwając żadnego oporu, dreszczu, ani zszokowanego ruchu. Zamiast tego zastał miękkość jego uległych warg i spokojne spojrzenie.
- Pocałunek na "do widzenia"? - Zapytał Sasuke, patrząc mu w oczy, jakby właśnie co najwyżej uścisnęli sobie dłonie.
- Nie. - Starszy pokręcił głową. - Obietnica następnego spotkania.
Na ustach Sasuke przemknął cień uśmiechu, kiedy odwrócił się i zostawił go samego, oddalając się powoli w kierunku wyjścia. Itachi przymknął na chwilę oczy, po czym ruszył w stronę samolotu.
Nie musieli się żegnać. Przecież jeszcze się zobaczą.
Pozdrawiam,
~ Rena